|
Waga (BMI)
2009
10 lutego -> 53.4 kg (21.30)
- 2.5 kg
13 lutego -> 50.9 kg (20.31)
- 0.7 kg
16 lutego -> 50.2 kg (20.03)
+ 0.3 kg
19 lutego -> 50.5 kg (20.15)
- ?.? kg
22 lutego -> ??.? kg (??.??)
(przy wzroście 158,3 cm)
CEL: 43-45 kg (17.15-17.95)
Cele
54, 53, 52, 51, 50, 49, 48, 47, 46, 45, 44, 43...
waga początkowa: 53.4 kg
waga końcowa: 43-45 kg
* * *
waga aktualna: 50.5 kg (20.15)
straciłam: 2.9 kg
Postanowienia
10 lutego 2009 - 7 grudnia 2009
1. Spalę minimum 100 tysięcy kalorii na rowerze stacjonarnym.
2. Nie będę przekraczała granicy 700-900 kalorii dziennie.
3. Nie będę jadła po godzinie 21.
spalone kalorie na rowerze stacjonarnym
[10 130/100 000]
Me
pseudonim twórczy: Sayuri
wiek: 19 (ur - 07.12, im - 30.09)
znak zodiaku: (wolny) strzelec
stan cywilny: singielka
zawód: studentka AWF
miejsce: Wrocław
znaki szczególne: tatuaż na przedramieniu
kolor oczu: (podobno) niebieski
odcień włosów: blond
» dieta/trening
» mój chomik
Past 2009 kwiecień marzec luty
. })i({ Malinowy motylek Shape wróciłaaaaaaaaaa :) Lau spełnimy swoje marzenia Eat borderlinerka Ew she's to fat to be happy Bonito cuerpo Thin-girl I want be closed off from thinness Cookie walczymy o te same cele i je zdobędziemy! Anabella she's getting thinner :* Lulu Jej życie - życie motylka Collette lepsze życie Complicated jej cel jest najważniejszy Panna-x ana przeznaczeniem Chuda she want be PERFECT Emi jestem wrogiem i przyjacielem swego ciała Sissi tea time 40 kg starving for perfection Zelka i Jej dieta Malii i Jej droga do ideału Hope osiągnąć szczyt marzeń Motylek411 i Jej walka Stadium choroby Wyzwolona na eblogu Asia kaloryczna :* Czarna zmieniając się na lepsze Arugifa nie rezygnuj z marzeń Natt. satysfakcja głodu Ashes cel to podstawa, a dążenie do niego marzenie Maggie polot myśli Muette nowy (oby lepszy) rozdział życia Olapk odnalazła mnie - dalej kroczymy razem Hula hops czyli świat zbyt puszysty Olka delikatna, ja motylek A. moment on the lips Kakaowa codzienne zmagania z wagą Meg nobody's perfect... but with ana she can try! Daria odkrywa siebie i swój skromny świat Justylka i Jej świat - Justylkowo Future butterfly Butterfly wszystko nieważne - liczy się tylko cel Kaloria another life W. bieg ku perfekcji po cienkiej linii życia Lena człowiek uczy się na błędach Cassi dotrzeć do celu! Mirra zawsze do przodu z uniesioną głową Gabi dobrze widzi się tylko sercem Ctd ... Freya to dzięki marzeniom, życie jest takie fascynujące Oszka zwierciadło Jej własnego ja Aieczka moja motywacja, inspiracja i siła :* Archers dotykaj, nie smakuj AntyChuda w drogę by być idealną Szepott QMNMD Prywatny blog Toksyczna eat to live, don't live to eat Way for perfectio Anula jej życie - nasza walka Lien lose courage Guya free soul Afrodisiaco all your love is gone... Sabina jesteś tym, co jesz Panna-i schizofremia uczuć Ungranted her diary Nienormalna ana? Kilogram jesteśmy ładniejsze, gdy nas nie ma Ashlee 21 Megara dance macabre Kiss the lips of ana Tristana jasny promyczek w moim życiu :* Meliska brak odwagi do marzeń - to brak siły do walki Nadia uwierz w perfekcje i osiągnij ją
Page Forum motylkowe BMI oblicz swój wskaźnik Wymiary ciekawa zakładka "wellness" Katalog kalorii Kalkulator jest the best Fit newsy o fitnessie Polki portal tylko dla kobiet All women stalk Koktajle na lato Ile spalisz kalorii? E dieta Yoyo panu już dziękujemy :) 5 pomysłów na szybkie śniadanie Przyprawy na lepszą przemianę materii Dietetyczne desery Kaloria super stronka - polecam Tabela kalorii Licznik kalorii Bilans kalorii Porcelanowe motylki Ile jest już motyli? Vitabaza przelicz i bądź świadoma tego, co jesz! Dietaa i odchudzanie Twoja dieta GDA zadbaj o swoje zdrowie Wdzięk bo każda ma go w sobie Benefit systems Wp widziana oczami kobiet Onet dla kobiet Student i jego życie Ugotuj wiele przepisów - także w wersji light Studio Indygo Pakamera śliczne drobiazgi Dieta jestem na diecie Kobieta taka, jak Ty Kobiety takie, jak my Styl24 ekskluzywne miejsce Vita przydatne porady Vitaliusz kalkulator kalorii z duszą Medigo odchudza Gazeta typowo damska Stylistka moda 2009
Thinspiration Modelki z całego świata Cassie and her secret life Super slim me Skinny me Dying to be anorextic 9 osiągnęły perfekcje 8 dają nam motywacje 7 ona jest całym ich życiem 6 obrały tę drogę 5 pragną lepszego życia 4 odnalazły drogę 3 znalazły szczęście 2 osiągnęły swój cel 1 szukają siebie
|
|
|
|
|
|
|
|
|
sdfsfsdf
22 kwiecień 2009, środa
13:20
Wróciłam dziś wcześniej z zajęć i od dziś do poniedziałku mam już wolne! :) Jeszcze tylko jutro jadę, żeby pogadać z Dziekanem na temat mojego przeniesienia. Zobaczymy, co powie. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Znacie mnie na tyle, żeby już wiedzieć, że ja zawsze na wszystko mam plan i byłabym wielce rozczarowana, gdyby nie wypaliło. Ale raczej za wielu warunków stawiać nie mogę. W końcu to ja przychodzę z prośbą, a nie ja jestem proszona.
Powiedziałam kilku najbliższym osobom z grupy, że się przenoszę. Nie miałam tego w zamiarze, ale przebieg rozmowy mnie do tego zmusił. Widziałam, że są zaskoczeni i powiedzieli, że Im smutno, ale też życzyli mi szczęścia, więc bardzo pozytywnie to odebrałam. Właściwie to czułabym się dziwnie, gdyby nawet trochę Im smutno nie było.
Dziś prowadziłam rozgrzewkę z Lekkiej i dostałam pięć. :D Stresowałam się tak, że już zastanawiałam się nad ucieczką z tych zajęć, ale powiedziałam sobie stanowcze NIE i dzielnie poszłam tam, gdzie powinnam. Ostatnio zbyt łatwo przychodzą mi ucieczki i zbyt często chowam głowę w piasek. Pójście, więc na Lekką było może małym, ale zawsze krokiem do przodu. Poza tym było super. Strasznie nas wymęczyli. Najpierw męcząca rozgrzewka, bo chciałam wypaść, jak najlepiej. Potem 45 minut ćwiczeń siłowych z piłką lekarską, a na koniec 45 minut treningu skoku w zwyż. Warto było iść!
Tato ma jutro imieninki. Kupiłam mu wreszcie prezent. ;] Niestety On też coś kupił i nie jest to nic miłego dla mnie. Otóż zaopatrzył się w 3 (!) wielkie torty orzechowe! Bleeee... Nie rozumiem, czemu ludzie Jego pokolenia tak hucznie świętują imieniny, a urodzin wcale. Wiem, że to niby upływający czas i tego typu bzdety, ale czas się nie zatrzyma, a według mnie urodziny są ważniejsze! W każdym razie ja się w tym dniu zadowolę buziakiem (tak ja się zadowolę, a nie On, bo ja zawsze się nastawiam z polikiem nawet, kiedy to ja powinam dać buziaka - taka już moja zbzikowana natura ;P), a za tort grzecznie podziękuje.
Mama kupiła mi wczoraj ananasa. Nigdy nie przepadałam za tym owocem, ale dziś skusiłam się na kawałeczek i był pyszny! A propo jedzenia... Cinamone za kilka dni zobaczysz mój notesik ze spisem tego, co jadłam, więc uzbrój się w cierpliwość. :*
Sayuri
skomentuj (2) moje kochane:*
fsdfsdfsfd
21 kwietnia 2009, wtorek
20:10
Kolejny dzień z bardzo napiętym grafikiem, ale i w bardzo dobrym nastroju.
[7:15] Pobudka.
[7:45] Wyjście z domu.
[8:45-9:30] Zajęcia z TiM pływania. <- Potwornie męczące były dzisiejsze ćwiczenia
[9:30-11:30] Nauka na kartkówkę z Anatomii.
[11:30-11:45] Zaliczanie odpytka.
[12:00-13:00] Nauka na zajęcia z Podstaw fizjologii i biochemii.
[13:00-13:20] Spotkanie z K. w sprawie przeniesienia się na inny kierunek.
[13:30-15:00] Zajęcia z Podstaw treningu zdrowotnego (aerobik).
[15:00-15:50] Siłownia.
[16:00-16:30] Pogawędka z D. w akademiku.
[16:30-18:00] Zajęcia ze Sportu w propagandzie.
[18:00-18:45] Jazda tramwajem.
[18:45-19:00] Wizyta do dentysty.
[19:00-19:30] Powrót do domu.
I do tego cały dzień z ciężką torbą na ramieniu, więc prawdopodobnie spaliłam całkiem sporo kalorii. Nie mam siły, żeby pisać coś więcej. Ale wiedzcie, że u mnie wszystko okey.
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sssssssdfs
20 kwietnia 2009, poniedziałek
08:19
No i znowu trzeba iść do szkoły... Bleee... Póki, co jeszcze do starej. Dopiero od środy dowiem się, co i jak z przeniesieniem. Mam nadzieję, że wszystko wypali, bo jeśli nie to nie wiem, co będzie dalej...
Wczoraj od razu po powrocie z basen o 22:30 padłam i zasnęłam, jak susełek. :) Ta nieprzespana noc, sprzątanie, nauka (której i tak było stosunkowo niewiele), zakupy, spacer, 600 kalorii na rowerku stacjonarnym i jeszcze później 2 godziny i 20 kilometrów na rodzinnej rowerowej wycieczce (strasznie mnie wywiało, ale było super), opalanie na słoneczku, no i godzina basenu oraz sesja w saunie - wszystko to sprawiło, że podwieczór nie widziałam już na oczy. Wychodząc z auta szłam już po omacku. :D
Kupiłam sobie wczoraj w Empiku mały notes, w którym będę notować swoje posiłki - tak, jak pisałam wcześniej - o stałych porach. Dopóki nie nauczę się znowu tej kontroli, którą miałam półtora roku temu. Kontroli nad sobą i nad jedzeniem.
Upatrzyłam sobie też ładne czarne adidasy. Są mi potrzebne, bo białe, które noszę na codzień wyglądają już, jak psu z pyska. Ale oczywiście na moje szczęście wszystkie pary zostały wykupione i została tylko jedna w rozmiarze 36, więc nie moim. Jednak ja się nie poddam i będę polować tak długo, aż upoluję. Od dziś po zajęciach zaczynam obławę na Pasaż. Poza tym Tato ma w tym tygodniu imieniny, więc trzeba coś ładnego kupić.
Moja Sis wymyśliła wczoraj, żebyśmy kupiły (Ona i ja) na spółkę platformę wibrującą. Fajny pomysł tylko zastanawiam się za co Ona chce to kupić, skoro jeszcze mi wisi ponad 10 tys. Pewnie skończy się tak, że ja kupię, a Jej jedynie się dług powiększy, ale mimo wszystko pomysł całkiem niezły. Podoba mi się jeszcze bardziej ze względu na to, iż mimo że zapłacę połowę (teoretycznie), będę mogła go używać praktycznie cały czas i kiedy tylko będę mieć ochotę, bo ma ta machina stać u nas w siłowni. =]
Kto pójdzie ze mną do kina na Vicky Cristina Barcelona? ;>
Odezwę się wieczorem.
21:39
Dziś dzień megazabiegany i megaudany. :) Dopiero weszłam do domu, a nie było mnie od rana. Jedynie po zajęciach wstąpiłam po torbę treningową i poleciałam na tenisa. Nie spodziewałam się, że tak dobrze spędzę dzień.
Szłam do szkoły z duszą na ramieniu. Zastanawiam się, jak będę się czuła, rozmawiając z tymi wszystkimi Ludźmi i wiedząc, że już nie długo nie będę z Nimi. Sądziłam, że będąc na zajęciach, będę marzyła o tym, by być już w tej nowej grupie, a tu co się okazuje? Było mi żal, że Ich zostawiam. Ciężko patrzyło mi się w Ich oczy. Czułam, że Ich okłamuję, gdy rozmawiałam z Nimi o zaliczeniach, które nam zostały. Czułam, że Ich zdradzam, spędzając czas z Nimi, ale myślami będąc już zupełnie gdzie indziej. Przeżywałam każdą chwilę stókrotnie silniej, niż zazwyczaj. Chciałam ten czas, który mi został wykorzystać, jak bardziej. Najbardziej żal mi było zostawiać moich Chłopaków... :( Skoro ja tak to wszystko odczuwałam, nie potrafię sobie wyobrazić, co czuje osoba, która umiera i wie, że za jakiś czas zostawi wszystkich, których kocha. Ja zostawiam Ludzi, których znam zaledwie pół roku, a nie całe życie, ale mimo to było mi ciężko.
Jednak nie tylko strach przed spojrzeniem Im w oczy mnie paraliżował. Nie umiałam nic na Anatomię, a jeśli dziś nie zaliczyłabym dwóch kartkówek to jutro miałabym trzy, a nie jedną. Ale udało się. Zaliczyłam śpiewająco! Nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale nie wnikajmy w to. Ważne, że jest do przodu. Zdobyłam też wpis z Biochemii i Babka tak mi nasłodziła za tą czwórkę, że aż wyfrunęłam z Jej gabinetu, tak mnie to uskrzydliło. Wiem, że miało być pięć, ale na tle innych moje cztery wygląda, jak pięć. :D Padłam, gdy pokazała mi swój notesik, w którym była rubryka z ocenami z mojej grupy. Na 30 osób zdały 3 (!) w tym dwie na dostateczny i ja na cztery. A minął już trzeci termin, czyli ostatni... :/
Potem poszłam na zakupy i zaszalałam na maxa. Miałam kupić tylko buty, ale oprócz nich nabyłam jeszcze dwie bluzy, cztery koszulki, pierścionek i okulary. Dobrze, że zabrakło mi już czasu na chodzenie po reszcie sklepów, bo nie wiem czy nie narobiłabym długów. :) Na swoje usprawiedliwienie powiem, że z reguły jestem rozważna i odpowiedzialna. Każdemu od czasu do czasu może się zdarzyć takie wariactwo. :D Czy ja się tłumaczę? :P A co najśmieszniejsze - nie kupiłam nic Tacie, choć właśnie po to szłam do Centrum
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
fffffff
19 kwietnia 2009, niedziela
03:52
Wyszłam na taras. Jest środek nocy, więc mam spokój i ciszę. Nikt mi nie przeszkadza. Pora sprzyja rozmyślaniom. Tylko ja i papieros. Wiatr rozwiewa moje proste blond włosy i gładzi mnie po policzach. Słychać jedynie delikatny szelest liści na drzewach. Czuję się wolna. Mam wszystko w nosie. Chcę, by tak już zostało...
Papieros pali się powoli, a mnie już mdli od mętnego smaku w ustach i myśli tłukących się po mojej głowie z taką intensywnością, że prawie słyszę, jak odbijają się od mojej czaszki.
Wszędzie ciemno. Zaczynam się bać. Nigdy nie bałam się mroku. Teraz w każdym miejscu węszę spisek. Nikomu i niczemu nie ufam. Szczególnie temu, co obce i mroczne. Mimo to na przekór wszystkiemu idę tam, gdzie są moje lęki. Przecież mówi się, że strach ma wielkie oczy!
Robi się zimno, więc wracam. Zamykam drzwi tarasowe i modlę się, by ich skrzypienie nie obudziło Rodziców. Słychać głośne stuknięcie, gdy zamek się zatrzaskuje. Zamieram w bezruchu. Nasłuchuję. Dalej śpią. Ufff... Spuszczam żaluzje. Ale zaraz... Gdzie są moje papierosy? Przeczesuję całą jadalnię i kuchnię, ale ani śladu paczki fajek. Shit! Musiałam zostawić je na zewnątrz! No świetnie! Nie ma to, jak Sayuri! Zawsze taka zorganizowana, dokładna i dbająca o najmniejszy szczegół w takich chwilach zawsze musi pójść coś nie tak! Nie mogę znowu rozpocząć procesu otwierania szklanych drzwi prowadzących na taras, ryzykując, że obudzę Starszych. Zobaczę rano. Byle tylko nie zapomnieć...
Nie mogę zasnąć. Właściwie to wcale nie jestem śpiąca. Zaplanowałam dzisiaj pobudkę na piątą rano, więc już nawet nie ma sensu się kłaść. Mam wiele do zrobienia, dlatego tak wcześnie chciałam wstać, w co wątpiłam, że mi się uda. Teraz już nie muszę się tym martwić. Problem z głowy. Jak zapobiec ewentualnemu zaspaniu? Nie kłaść się w ogóle. Metoda Sayuri. Niezawodna! I kij z tym, że będę nieprzytomna przez pół dnia. Kogoś to obchodzi? Bo mnie na pewno nie! Najwyżej utnę sobie komara w południe. :D
Zastanawiałam się, co ja właściwie robię źle, że ciągle coś idzie nie tak, jak trzeba. Co miałam takiego kiedyś, czego nie mam teraz, że wtedy szło mi rewelacyjnie, a teraz w ogóle? Bo coś takiego musi być... No bo przecież to nie ja się zmieniłam, a to coś we mnie, co wtedy ułatwiało, a teraz utrudnia... Może nie ma impulsu, który popychał mnie do przodu? Może motywacja nie taka? A może po prostu silna wola zwiotczała albo poszła na emeryturę? A może zasady nie są zbyt jasne?
Chcę wrócić do tego, co było. Przypominam sobie siebie z końca roku 2007 i oczom (pamięci) nie wierzę. To nie ja! Za idealna, bym to mogła być ja! Wszystko poukładane i zgrane do perfekcji.
Teraz odżywiam się jakoś tak chaotycznie. Niby pięć posiłków, ale jakoś tak porozwalane po całym dniu, bez równych odstępów i stałych pór. I te pięć posiłków... To jakoś tak za dużo...
Pamiętam, że kiedyś były cztery. Śniadanie o 10:00 i nie było zmiłuj się. Nieważne, czy wstałam o 5:00, czy o 9:00. Kiedy sobie to przypominam, mam przed oczami siebie siedzącą na lekcji fizyki i czekającą, aż w końcu wybije godzina mojego śniadania. Nie mogę się skupić na tym, co mówi nasz zwariowany Profesorek, bo moją głowę zaprząta jedynie myśl o tym, co zaraz sobie zjem. Zresztą kto by się skupiał na fizyce? Ja nigdy nie umiałam! Nawet, jak nie czułam strasznego skrętu kiszek. Kręcę się i bawię wszystkim, co leży przede mną na biurku. Na lekcji i tak nie można jeść, ale nawet gdyby to ja i tak mam żelazną zasadę, że śniadanie o 10:00 i koniec kropka. I tak kiedyś było. Niby się mówi, że powinno się jeść maksymalnie godzinę po przebudzeniu, ale zasady innych, wcale nie były moimi zasadami. Moje życie rządziło się innymi prawami i nadal tak jest tylko, że teraz jakoś częściej je łamie... Kiedyś to było nie do pomyślenia.
Zgodnie z zasadą trzech godzin lunch wypadał na 13. Dopiero o 13:30 była przerwa, więc jak nie byłam głodna to czekałam jeszcze to pół godziny albo jadłam swój drugi posiłek o 12:45, czyli pod koniec przerwy wcześniejszej. Jednak z reguły uzbrajałam się w cierpliwość i czekałam grzecznie do wpół do drugiej. Zresztą śniadanie z reguły było bardziej kaloryczne (kanapka z warzywami) od lunchu (jabłko). A! No i jeszcze jedna ważna zasada. Nigdy nie smarowałam chleba! Nigdy i niczym! Zawsze był chleb - ciemny oczywiście - i pomidor, papryka, rzodkiewka i/albo ogórek.
Obiad to już w domu. Wypadał o 16:00. Gotowałam sobie chudą rybę (solę lub mintaja) do tego gotowana fasolka szparagowa i brokuły oraz kilka surowych warzywek takich, jak pomidor, papryka, sałata czy ogórek. Czasami, kiedy się tym nie najadłam brałam jeszcze marchewkę, ale to była naprawdę rzadkość. W czasie jedzenia zawsze oglądałam Ostry dyżur. Do teraz mam sentyment do tego serialu właśnie ze względu na tamte czasy. W całym długim okresie, gdy tak jadłam miałam tylko raz napad. To znaczy tak go wtedy nazwałam. Dziś to dla mnie śmieszne mieć taki napad i nazwać go napadem. Ja pewnie nawet był nie zauważyła, że to zjadłam. No więc tamten napad to było jabłko i kawałek grejpfruta. Straszne nie?
Kolacja to były dwie Wasy z warzywami albo kromka ciemnego chleba z warzywami, albo twarożek (trochę lekkiego serka wiejskiego, trochę kefiru, kawałek papryki, rzodkiewka, ogórek konserwowy, pomidor i przyprawy).
A jeśli chodzi o sport to dużo łaziłam po mieście i jeździłam na rowerze do miasta. Raz prawie mi go ukradli. Ale miałam dużo wtedy do załatwiania. To znaczy dużo zakupów do zrobienia. :D Poza tym tenis, w-f'y, gimnastyka przed TV (wtedy ćwiczyłam przed TV prawie ciągle, jak tylko oglądałam, a teraz jakoś nie mogę się zmusić, otoczenie mi nie sprzyja - zimna podłoga, a tam był dywan...) i codziennie wieczorem biegałam przez 40 minut po schodach. I od tego ostatniego nie było zmiłuj się! Mam wrażenie, że wtedy miałam o wiele mniej okazji do ruchu i mniej się ruszałam, a jednak ogólny bilans wypadał lepiej.
Tak wyglądały moje dni. Dzień w dzień tak samo. Wtedy wszystko było poukładane i ja byłam szczęśliwa. Nie nudziłam się. Chudłam... Jak może znudzić się tracenie na wadze? Muszę wrócić do starych nawyków i koniec kropka!
Wczoraj zostałam uwikłana w drobną intrygę, w której centrum się znalazłam, a z którą tak naprawdę nie miałam nic wspólnego. Zrobiło mi się trochę przykro... I co gorsza wcale nie stało się to w tym świecie rzeczywistym, ale tu... Na blogu. Tu, gdzie sądziłam, że jest mój azyl, gdzie mogę się schować przed każdą burzą! Okazało się, że i tu czyha na mnie nie jeden huragan!
Wpadł mi do głowy pomysł! Szalony, ale chyba właśnie dlatego mi się podoba! Chcę w wakacje jechać do Londynu. Na tydzień lub dwa. Chcę wynając pokój w tanim hoteliku i spędzać czas zwiedzając, włócząc się po ulicach, siedząc nad Tamizą, kupując papierosy w miejscowych kioskach, siedząc w przytulnych kawiarenkach z gorzką kawą, jeżdząc tamtymi czerwonymi autobusami, pijąc tanie wino i plotkując całymi nocami. Sama się na to nie zdobędę, zresztą co to za plotkowanie samej ze sobą? ;] Może, któraś z Was pisałaby się na taką podróż? Tylko, co ja powiem Rodzicom? Coś trzeba będzie wymyśleć! Mam prawie 20 lat, a Oni traktują mnie jakbym miała przynajmniej dziesięć mniej. No cóż... Poniekąd to rozumiem... To w końcu Rodzice... No ale z drugiej strony... Ja przecież jestem już dorosła!
Jeśli któraś jest chętna to pisać! Razem coś wykombinujemy!
O i już jest 4:56! Czas wstawać. ;)
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdasdasd
18 kwietnia 2009, sobota
12:51
Wszyscy kłamią! Telewizja kłamie. Dorośli kłamią. Cały świat kłamie.
A wiecie skąd to wiem?
Bo dziś miało padać, a nie pada! =(
14:03
Jakby tego było mało to jeszcze na dodatek pękło mi... Ucho!
Dziewczyny, czy małżowina uszna może pęknąć na całej swojej długości?
Bo mnie pękła i boli, jak cholera! =(
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdasdasd
17 kwietnia 2009, piątek
08:32
Ha! I co? Już złamałam jedno z postanowień i nie zrobiłam wczoraj serii ćwiczeń. Dzisiaj to nadrobię i zrobię podwójny zestaw. Muszę trochę sprostować tamto postanowienie, bo inaczej nigdy go nie dotrzymam. Więc, jeśli któregoś dnia nie uda mi się pogimnastykować odrobię zaległe ćwiczenia następnego dnia.
Co do reszty póki co, wszystko jest okey.
Wczoraj dostałam zaskakujący i jednocześnie niesamowicie cudowny komentarz. Był to komentarz od Cinamone. Okazało się, że mieszkamy całkiem blisko siebie i postanowiłyśmy się spotkać. To nie wiarygodne, że można żyć obok siebie, znać się dobrze - na tyle dobrze, na ile pozwala internet - i nie wiedzieć, że być może każdego tygodnia mijamy się gdzieś w pośpiechu. Zrobiłyśmy pierwszy krok i wymieniłyśmy się kontami na NK i numerami telefonu. Cinamone jest ślicznym, delikatnym i słodkim Motylkiem i z pewnością stanie się moją inspiracją w dążeniu do celu. Poza tym nie potrafię wyrazić swojej radości i podekscytowania z całej tej sytuacji. Wciąż nie mogę uwierzyć, że będę mogła widywać się kimś takim, jak ja. Z kimś, kto może stać się mi bliższy niż cała reszta moich wieloletnich Przyjaciół, a to dlatego, że rozumie mnie bez słów i ma ten sam cel. Pierwszy raz w życiu będę mogła zabrać Koleżankę na spacer i nie będę musiała tłumaczyć, dlaczego lepiej iść dalej niż siadać na tej ławce i zajadać się górą lodów. Nie będę musiała się tłumaczyć, czemu jem chlebek ryżowy zamiast zwyczajnego i czemu nie potrafię przemóc się, by wziąć do ust białą kromkę. Mam nadzieję, że w realnym świecie pokocham Ją tak, jak pokochałam przez internet i tak, jak pokochałam Was Wszystkie. No i co najważniejsze... Mam nadzieję, że i Ona odwzajemni moją sympatię! Aaaaaaaaa! Mam ochotę krzyczeć i skakać ze szczęścia, a jednocześnie strasznie się stresuję. Myślę, że to minie po "przełamaniu pierwszych lodów", jak to mówi Cinamone. Dobra! Dość już o tym, bo boję się zapeszyć. Dajcie mi się jeszcze pocieszyć się tym szczęściem w samotności. :D Zawsze zazdrościłam tym Motylkom, które razem chodziły na spacery, do kawiarenek i marzyłam, by "mieć" takiego Motylka dla siebie, a tu proszę! Marzenie się spęłniło. Aż niesamowite, że tak łatwo mogą realizować się największe pragnienia. To zbyt piękne, by było prawdziwe. Bardzo się cieszę, ale jednocześnie mam w sobie strach, że wszystko nagle pęknie, jak bańka mydlana... Dlatego po prostu uzbroję się w cierpliwość do naszego pierwszego spotkania.
Zaraz lecę na ogród i będę wykopywać dołki dookoła czterech drzewek, których Tato wczoraj nie zdążył już ogrodzić. Mamy ponad 260 drzew, a tych które trzeba było ochronić jest pewnie koło 30-tu. Tato odwalił już duży kawał roboty, dlatego chcę Mu trochę pomóc i zrobić niespodziankę. Dlatego nim wróci z pracy dołki będą już na Niego czekać i Jego zadaniem będzie jedynie wsadzić płotki. :D
Oglądam teraz program o kobietach, które się odchudzały i z otyłości popadły w obsesję na punkcie swojej wagi, anoreksję lub bulimię. Opowiadają, jak przez odchudzanie tracią wszystko - Rodzinę, Przyjaciół, majątek. Jedna kobieta nawet wpędziła swoją córkę w takie kompleksy, że tamta zapadła na jedną z tych ciężkich chorób.
Wczoraj skończyłam czytać Dieta (nie) życia. Książka niesamowita, ale i przerażająca. Obnażająca całą drastyczną prawdę o gubieniu na wadze, a potem próbach walki z chorobą. Jeszcze żadna historia nie wstrząsnęła mnie tak, jak ta. Wiem, że miała na celu właśnie ukazania pełnej prawdy o zaburzeniach odżywiania i przekonania, że dążenie do ideału nie ma sensu, bo ten ideał nie istnieje i zawsze będzie nieosiągalny. Ja nigdy nie dążyłam w swoim odchudzaniu do Any, do wychudzenia na skraj wyczerpania, ale ta książka jeszcze bardziej mnie od tego odwiodła. Teraz będę bardziej na siebie uważać i jeszcze ostrożniej podchodzić do całej tej sytuacji, w której się znalazłam. Nie pozwolę sobie na to, by mym życiem zawładnęła choroba. Zresztą, kiedy przesadzam mam w głowie obraz siebie leżącej na kanapie, zwijającej się w kłębuszek podczas, kiedy cała Rodzina jadła obiad. Ja uparcie powtarzam, że nie jestem głodna, ale w środku czuję skręt kiszek. Wtedy potrafiłam odmówić każdego posiłku bez wahania, nie zważając na to, jak bardzo jestem głodna. Pamiętam, jak wtedy przyszła do mnie Siostra, spojrzała mi w oczy i zapytała, czemu to sobie robię? Nigdy nie zapomnę Jej przerażonego wyrazu twarzy. Nigdy więcej nie chcę go zobaczyć. W życiu miałam dwa "chude" okresy. Jeden idealny i szczęśliwy, drugi potworny i smutny. Chcę by ten pierwszy wrócił, a o tym drugim chcę pamiętać jedynie jako o przestrodze.
13:40
Wyskoczyłam do ogrodu z łopatą i na oczach Robotników pracujących przy domu obok próbowałam wbić to cholerstwo w ziemię, ale nie dałam rady! Trawa była tak zbita, że na nic zdawało się moje skakanie na łopatę. Ale mieli Panowie ubaw... :/ Zabrałam, więc swoje manele, zarzuciłam na ramię i ruszyłam z godnością w stronę tarasu. Cóż... Były dobre chęci, ale warsztat nie ten. :)
Dziś ze wszystkim tak mi świetnie idzie. Wychodzę na taras, żeby poopalać się trochę z przyjemną lekturką. Niestety za chwile zaszło słońce i wizja pięknej opalenizny gdzieś rozmyła.
Przyszedł też Koleś do pomiaru gazu (ten miły Pan wystawił nam rachunek za sam gaz o wartości 6 tys. złotych - fajnie co?) i poprosiłbym otworzyła Mu drugą bramę, bo z tamtąd będzie miał bliżej do auta, więc poszłam grzecznie na górę po swoje klucze, ale za żadne skarby nie mogłam otworzyć tych cholernych wrót!
W planach była też nauka i póki co, jedyne co robię to myślę o jedzeniu... :/ Na szczęście humorek mam dobry, mimo tych wszystkich drobnych niepowodzeń. Ale cóż może człowiekowi zaszkodzić, gdy ten jest szczęśliwy?
Szczęśliwy to może za mocne słowo, ale na pewno spadł mi kamień z serca. Opowiedziałam Mamie o swoich problemach na Uczelni i o moich planach przeniesienia się na równoległy kierunek. Bałam się Jej reakcji, choć wiedziałam, że wesprze mnie w tym. Ona jednak przeszła samą sobie i powiedziała, że nie może tak być, iż szkoła dostarcza mi tyle przykrości, stresu i zmusza mnie do czegoś czego robić nie chcę. Poparła mnie całkowicie i obiecała pomoc. Od razu czuję się lepiej. Jakby wszystkie problemy nagle przestały istnieć. Wiem, że problemy dopiero się zaczną, kiedy ruszy cała biurokratyczna machina związana z przepisywaniem mnie na inny kierunek i kiedy dowiem się, ile mam do nadrobienia, ale wtedy nie będzie to już takim ciężkim kawałkiem chleba, który staje w gardle i uwiera, bo przynajmniej będę wiedzieć, że zmierzam w dobrym kierunku. Może udałoby mi się załatwić to wszystko do końca tego roku. Wtedy to, co bym mogła przepisałabym sobie (oceny za te same przedmioty), a tego, czego nie miałam uczyłabym się przez wakacje, by po wakacjach móc zaliczyć wszystko i zacząć nowy rok już z nową grupą i nowymi perspektywami. Albo jeśli to nie wypali to, chociaż bym mogła robić drugi rok ze wszystkimi, a zaległości nadrabiać równolegle z aktualnymi zajęciami. Pewnie będzie to dużo pracy, ale myślę, że warto. Od razu jakoś więcej energii mam w sobie, gdy o tym myślę. To oczywiście tylko moje sugestie i pomysły. Zobaczymy, co będzie miał do powiedzenia na ten temat Dziekan.
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
dasdasd
16 kwietnia 2009, czwartek
10:44
Znowu jestem dezerterem... Nie poszłam dziś na zajęcia z piłki nożnej. Wyszłam z domu, pojechałam z Ojcem do miasta i zamiast pójść na tramwaj, skręciłam w pierwszą lepszą uliczkę i poszłam do Galerii Dominikańskiej. Włóczyłam się po centrum przez jakieś półtorej godziny i wróciłam do zakładu Taty, by poczekać na Niego, aż wróci z wykładu ze studentami. Wiem... Wiem, że źle zrobiłam. Wiem, co mi powiecie, dlatego proszę nie mówcie tego. To tylko pogłębi mój strach przed szkołą. Nie mam pojęcia skąd się pojawił, bo za każdym razem, kiedy tam jestem miło spędzam czas ze Znajomymi z grupy, ale mimo to przychodzą takie dni, jak ten, że nie potrafię przestąpić progu Uczelni. Muszę pozbierać się sama w sobie. Nikt mi w tym nie pomoże... Muszę się przemóc! Do poniedziałku mam wolne, więc mam nadzieję, że zdołam sobie poukładać wszystko w tej pustej głowie. Zastanawiałam się, czy to może rodzaj zajęć mnie przytłacza i doszłam do wniosku, że własnie tak jest. Jest kilka przedmiotów, których po prostu nie potrafię strawić. To nie jest tak, że po prostu ich nie lubię, ale zagryzam zęby i idę. Ja ich nienawidzę! Każda lekcja dostarcza mi tyle stresu, że jeszcze trochę, a zejdę na zawał. Nie umiem się przemóc, by chodzić na nie regularnie i najprościej w świecie sobie z nimi nie radzę. Takim przedmiotem jest na przykład gimnastyka. Rozważam przeniesienie na inny kierunek, bo właśnie z zaliczeniem salt, przerzutów i innych tego typu głupot raczej nie dam sobie rady. Jakoś nie przemawiają do mnie argumenty, że te umiejętności przydadzą mi się kiedyś w normalnym życiu. Widocznie mam zbyt ograniczoną wyobraźnię, ale zupełnie nie widzę tego, jak uciekam przed pędzącym w moją stronę pojazdem przerzutami bokiem... :/
Wałęsając się tak po alejkach sklepowych zajrzałam do Carrefour'a i Rossmann'a. Zaopatrzyłam się w kilka niezbędnych artykułów spożywczych i odkryłam chlebek ryżowy, którego jedna kromka ma jedynie 12,5 kalorii. To chyba póki, co rekord. ;) Do tej pory najmniej ze wszystkich, jakie jadłam miało pieczywo chrupkie Wasa (19 kcal). Od razu kupiłam dwa opakowania. Dwa ostatnie opakowania. :D A w drogerii kupiłam 4 cienie do powiek Miss Sporty i dwa lakiery do paznokci tej samej firmy.
Teraz siedzę u Taty w gabinecie, gapię się przez okno i piję gorącą, gorzką kawę.
Mam od teraz cztery wolne dni. Całe piękne dni dla siebie. Chcę ten czas wykorzystać, jak najlepiej. Chcę korzystać z każdego promyczka słońca! Nie chcę myśleć o problemach. Chcę się od nich oderwać. Zapomnieć, choćby na chwilę o ich istnieniu.
Obiecałam sobie, że do maja nie sięgnę po żadne środki przeczyszczające. Wiem, że do maja zostały już tylko dwa tygodnie, ale dla mnie to i tak dużo. Nie chcę wyznaczać sobie zbyt odległych dat, bo nigdy do nich nie dotrę i nie będę mieć żadnych małych sukcesów, którymi mogłabym się cieszyć i które by mnie motywowały do dalszej pracy nad sobą. Dlatego wstępnie na 15 dni zapominam o przeczyszczaczach, a co się z tym wiążę - również o napadach.
To pierwsze z moich postanowień. Resztę wypiszę, jak wrócę do domu, bo teraz już muszę lecieć, bo Tato wrócił. Wtedy też przeczytam wszystkie Wasze komentarze. Jeszcze nigdy nie dostałam, aż tylu pod jedną notką. To pewnie dlatego, że piszę codziennie, ale i ostatnia notka była pisana wczoraj, więc minął dzień od jej opublikowania. Za wszystkie Wasze słowa dziękuję!!!
13:37
No i wreszcie jestem w domu, więc mogę wymieniać dalej. =]
Więc tak... 15 dni bez przeczyszczaczy i napadów. Do maja też chcę unikać słodyczy i jedynie w wypadku wielkiej ochoty na jakiś smakołyk mogę zjeść Chupa-Chups'a lub wypić trochę Coli light. Do tego mogę jeść maksymalnie 5 posiłków dziennie po maksymalnie 200 kalorii. Z tego ostatniego wynikałoby, że każdego dnia będę jeść mniej lub równe 1000 kalorii. Oczywiście wartości energetyczne posiłków będę określać na oko, bo nie mam zamiaru ponownie pakować się w to bagno zwane obsesją. I tak moje odchudzanie już dawno przeobraziło się w obsesję, ale przynajmniej w miarę możliwości staram się nie marnować na nią zbyt wiele czasu. Ćwiczenia, przygotowywanie zdrowych posiłków, czytanie artykułów i książek o odchudzaniu oraz zaglądanie do Was na blogi to standard i nieodzowne aspekty mojego życia. Jednak bieganie po kuchni z wagą i notatnikiem pod pachą to już lekka przesada. Mam dość popadania ze skrajności w skrajność.
Tak, więc mamy już trzy postanowienia. Czwarte jest obietnicą tego, że już nigdy w życiu nie pozwolę sobie przytyć więcej od tej wagi, którą już osiągnę. Nie zdążyłam się dziś zważyć przed wyjściem z domu, ale zrobię to jutro lub pojutrze. Od tego momentu będę się ważyć codziennie lub co drugi dzień rano na czczo, by mieć pełną kontrolę nad masą swojego ciała. Dla przykładu - jeśli dziś ważę załóżmy 50 kg to już nigdy nie mogę ważyć więcej, a jeśli jutro będę ważyć 49,9 kg to już nigdy nie mogę ważyć 50 kg. Rozumiecie?
Piąte postanowienie zrobiłam już kilka dni temu i jest ono o wiele bardziej długoterminowe. Zawiera w sobie w sumie wszystkie inne punkty i dlatego spełnienie reszty będzie wiązało się z osiągnięciem i tego punktu. Otóż, jak już pisałam chcę schudnąć do 42 kilo (tak przypuszczam, ale może się to zmienić) do ponownego zobaczenia się z Rodziną ze Szwajcarii i moją super szczupłą Ciotką. Jest to o tyle trudne, że nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy... Czy będzie to w wakacje, za pół roku, czy też za rok. Ale myślę, że zdążę, bo już do wakacji chciałabym osiągnąć swoją wymarzoną wagę. Największą motywacją w tym wszystkim jest to, iż wiem, że potrafię. Kiedyś już ważyłam 42 kilo i osiągnięcie tego wyniku nie było dla mnie żadnym wyczynem. Zrobiłam to bez większego trudu... Dlatego tym bardziej nie rozumiem, czemu teraz idzie mi to całe odchudzanie, jak krew z nosa... I nie chodzi tu wcale o to, że chudnę wolno, bo wręcz przeciwnie, o ile tylko trzymam dietę. Większym problemem jest moja niekonsekwencja, brak silnej woli, systematyczności i cierpliwości. Kiedyś jakoś tak łatwiej mi to wszystko przychodziło. Chudłam, jakby przypadkiem, mimochodem, wykonując tysiące innych spraw nie odczuwając ani na moment uczucia zmęczenia. Fakt, że dużo spałam, ale przynajmniej potrafiłam położyć się spać, kiedy chciało mi się jeść, a nie rzucałam się na jedzenie tak, jak teraz. Ale to się zmieni! Nauczę się życia z Aną na nowo! To, jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina!
Szóste postanowienie to wiadomo... Woda, kawa, zielona i czerwona herbata, Cola light, gumy, warzywa, kefiry 0% i ewentualnie lizaki oraz zajęcia, które absorbują ciało i umysł to moi najwięksi sprzymierzeńcy. Muszę nauczyć się nimi powstymywać napady i w razie niebezpieczeństwa właśnie po nie sięgać. Muszę nauczyć się sięgać po marchewkę, gdy nachodzi mnie chętka na "cokolwiek". Muszę nauczyć się wybiegać na dwór i udawać się na długi spacer, gdy tylko najdzie mnie ochota na coś słodkiego. To musi wejść mi w krew - stać się nawykiem.
Po siódme, jak najwięcej ruchu. Nawet takiego niezorganizowanego. Byle ciągle coś robić, ale - i tu najważniejsze - jeśli będę zmęczona i nie będę miała ochoty niczego robić to muszę pozwolić sobie rozsiąść się wygodnie w fotelu z babską gazetką lub ciekawą lekturą i kubkiem gorącej herbaty. Nie mogę traktować takiego zachowania, jak słabość czy porażkę. Często, kiedy przez cały dzień nie wiele robiłam miałam do siebie wielki żal i zamiast pomyśleć, że dziś zbierałam siły, że zrobiłam sobie przystanek - ja myślałam: Poległam, nic nie zrobiłam, więc nie ma sensu już dzisiejszy dzień... Mogę się nażreć! Otóż nie możesz Sayuri! Każdy dzień jest udany, jeśli tylko nie zjesz ponad miarę! A nawet, jeśli noga się podwinie to nie wolno Ci wszystkiego rzucać, ale trzeba iść dalej! Najwyżej bilans nie będzie ujemny, ale przynajmniej wyjdziesz na 0 lub na +25, a nie +2500. Przynajmniej następnego dnia nie będziesz czuła się fatalnie i nie będziesz musiała zaczynać wszystkiego od nowa. Nie będzie też tyle pracy do NADROBIENIA, bo pracować masz dalej, ale przynajmniej na swój zysk, a nie na spłatę kalorycznego długu!
Po ósme to wykonywanie codziennie zestawu ćwiczeń. Wymyślę kilka, każdy po 15 minut tak, bym mogła wykonać przynajmniej raz dziennie jeden z nich i nie ma zmiłuj się! A kiedy będę mieć więcej czasu i ochoty poćwiczę podwójnie, potrójnie, a może nawet poczwórnie lub więcej. =]
Dziewiąte i dziesiąte to dużo snu, dużo uśmiechu, wiary w siebie i dobrego nastawienia! ;) Tego ostatniego życzę sobię najbardziej, bo to chyba klucz do sukcesu!
A tu jeszcze macie czynności, którymi można się zająć, gdy nadejdzie chwila słabości. Wczoraj stworzyłam tą listę. Może i Wy macie, jakieś swoje sprawdzone sposoby? To pisać! Tak więc, gdy najdzie Cię chętka na coś zakazanego to:
- jedź na wycieczkę rowerową po okolicy,
- idź na spacer,
- pedałuj torchę na rowerku stacjonarnym,
- gimnastykuj się,
- włącz swoją ulubioną płytę i odpręż się,
- napisz notkę na blogu,
- zajrzyj na blogi Motylków,
- skomentuj wszystkie nowe notki Motylków,
- obejrz ciekawy film,
- poucz się,
- zrób notatki na zajęcia,
- poczytaj książkę,
- idź na zakupy,
- idź do kina,
- zagraj w jakąś grę komputerową/planszową,
- sprawdź pocztę i odpisz na wszystkie maile,
- porozmawiaj z kimś na gg,
- utnij sobie drzemkę,
- umyj okna,
- pozmywaj naczynia,
- poodkurzaj pokój,
- zrób pranie,
- ułóż ubrania w szafie,
- wyprasuj wszystkie świeżo wyprane ubrania,
- weź długą kąpiel,
- weź lodowaty prysznic,
- zrób sobie manicure i pedicure,
- wynieś śmieci,
- posprzątaj swoje pliki na komputerze,
- obejrz zdjęcia swoich thinspiracji,
- zrób kanapki/sałatkę dla rodziny,
- umyj podłogi,
- zadzwoń do koleżanki,
- skacz na skakance,
- poopalaj się na tarasie/balkonie,
- potańcz przy głośnej muzyce,
- zrób zakupy spożywcze dla Mamy,
- znajdź sobie pracę,
- idź na basen,
- zaparz wszystkim herbatki,
- obejrz kolorowe czasopismo.
14:41
Zamieszczam jeszcze komentarz, jaki wpisałam Asi. Uznałam, że nie tylko Ona, ale i Wy wszystkie powinnyście znać o mnie chociaż część prawdy. Piszę Wam wszystko, ale wiadomo, że nie da się powiedzieć wszystkiego o człowieku. Dlatego właśnie, kiedy gdzieś będę zdradzać jakieś istotne fakty o sobie to będę zamieszczać je także tutaj, byście Wszystkie mogły mnie lepiej poznać. A oto mój komentarz do stwierdzenia Asi, że moja Mama jest wyrozumiała:
"(...) A Mama fakt jest wyrozumiała, ale i ufa mi bardzo, bo jeszcze nigdy nie zrobiłam niczego głupiego... Nie to co moja Sis. :) Jest cudowna, ale ciągle coś sobie robi i ma jakieś przeboje. Ja jestem odpowiedzialna - przynajmniej w oczach Rodziców. ;) Nie o wszystkim muszą przecież wiedzieć. :P Nie muszą wiedzieć, że czasami (często) uciekam z zajęć, ze kłamie, że się odchudzam, że popalam, że raz prawie się nie zapiłam i nie zacpałam na smierć i że cudem mnie odratowano, że nie chodzę do koscioła, choć mowię, że chodzę i że sie cięłam. Pewnie wiele by tego wymieniać, ale każdy ma coś za uszami. Widać moja Sis po prostu nie potrafi ukrywać swoich podknięć albo ma ich o wiele, wiele więcej, a ujawnia jedynie te drobne... Cóż... Ja jestem prawie bez skazy dla Rodzicow przez swoje wyrachowanie..."
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
ghfghfghfgh
14 kwietnia 2009, wtorek
18:22
Wczoraj humor miałam koszmarny, ale wraz z położeniem się spać zostawiłam wszystko to, co było złe za sobą. Chciałam zapomnieć o wszelkich kłótniach i podniesionych głosach. Nie chciałam pamiętać o przykrych raniących słowach, które usłyszałam i które sama rzucałam w zupełnie niewinne osoby.
Wstałam rano i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było wymiganie się od wspólnego, rodzinnego śniadanka. Chwyciłam Dietę (nie) życia i wskoczyłam na rower stacjonarny. Pedałowałam przez około godzinę. Potem szybki prysznic i na miasto. Zabrałam ze sobą jabłko na wszelki wypadek. O jedenastej Tato zabrał Ciotkę, Wuja i mnie do Pasażu Grunwaldzkiego, gdzie mieliśmy swoje używanie przez najbliższe trzy godziny. Sam pojechał na pogrzeb swojej Przyjaciółki, która nie dawno popęłniła samobójstwo. (Pisałam już Wam o Niej. Wczoraj doszły do całej sprawy kolejne fakty. Podobno Napisała i wysłała listy pożegnalne w piątek, z zamiarem zabicia się żyła przez cały weekend, a w poniedziałek rano poszła się utopić. W ten sam dzień doszły listy. Być może nawet, kiedy czytałam jeden z nich, Pani J. jeszcze żyła. Zaplanowała wszystko perfekcyjnie... Nie był to chwilowy impuls. Zaplanowała wszystko z dokładnością maniaka i sumiennie dążyła do wyznaczonego sobie celu. Ciarki przechodzą mi po plecach, gdy o tym myślę.) Tak więc lataliśmy od sklepu do sklepu. Wyżyłam się za wszystkie czasu. Dostałam od Taty 500 złotych na swoje wydatki, ale nabyłam mnóstwo rzeczy nie wydając ani złotówki. Przy kasie każdego sklepu była straszna walka z Wujem, prawie że na śmierć i życie. Kilka razy biegłam do kasy z upragnionym przedmiotem, nim Wuj się zorientował i trymfalnie stawałam w kolejce. Jednak nim się obejrzałam M. stał już za mną i płacił na wszystko, co trzymałam na rękach. W rezultacie dostałam torbę z Housa, torbę treningową Pumy, 3 sweterki (szary, zielony i pomarańczowy), sztruksową kurtkę, komórkę, myszkę do komputera, wielki obraz na całą ścianę z Flo, no i 500 złotych mi zostało. Jedyne pieniądze jakie wydałam to 4,50 na lizaki. Nawet za Colę light i gumy (obowiązkowe atrybuty każdego Motylka) nie mogłam zapłacić.
Przez cały dzień szalałam z Ciotką po sklepach i oglądałam się za dziewczynami idealnie szczupłymi. Strasznie nakręcił mnie ten widok i dodał niesamowitej motywacji. Sama Ciotka stała się moją thinspiracją! Kiedy Ją zobaczyłam wczoraj po raz pierwszy, oniemiałam! Szczupła, zgrabna, wysportowana, filigranowa. Taka, jak połowa mnie. Jest trochę wariatką, ale pozytywną wariatką - choć muszę przyznać, że potrafi człowieka zdenerwować. My jednak bierzemy Jej słowa z przymrużeniem oka, więc nikomu raczej nie robi nimi krzywdy. Jest straszną perfekcjonistką i to mnie do Niej upodabnia. Przysięgłam sobie, że jak następnym razem zobaczę się z Rodziną ze Szwajcarii będę nie tylko podobna do Niej pod względem pedantyzmu, ale i sylwetki. Wtedy będę już chuda do granic możliwości. Chuda, ale nie wychudzona. To jest wielka różnica. Nie chcę, by Ana stała się moją przyjaciółką, by zawładnęła moim życiem, by wyznaczała moje priorytety. Teraz czuję, że nigdy nie będę zbyt chuda, ale wiem, że to dlatego, iż patrząc dziś na siebie nie mogę wyobrazić sobie siebie, jako chudziutkiego Motylka. Wiem jednak, że kiedy osiągnę swoje cele to będę czuła, iż to już wystarczy i powiem dość. Przynajmniej mam taką nadzieję...
Potem spotkaliśmy się z Ojcem i pojechaliśmy do Magnolia Park. Przez cały wyjazd spacerowałam, ile się dało, unikając przystanków w kafejkach. Tylko w jednej się zatrzymałam ze Wszystkimi i wypiłam filiżankę czarnej kawy. To było jeszcze w Pasażu, a w Magnolii uciekłam do Empika, kiedy Oni usiedli w kafejce o nazwie Pierożek (hehe). Wertowałam półki z książkami i wybrałam jedną o najsłynniejszych dietach świata. Oczywiście na pytanie, czy coś kupiłam, odpowiedziałam, że nie. Nie mogłam się przecież przyznać! To był drugi wydatek tego dnia. ;]
Dopiero, co weszliśmy do domu. Siedzę teraz na tarasie z pyszną kawusią i laptopem na stoliczku ogrodowym i wylewam tu swoje myśli i spisuję przeżycia dzisiejszego dnia. Niesamowicie spędziłam dziś cały ten czas z Rodziną. Odpoczęłam sobie na zakupach i podczas wypadu na miasto. Poczułam się tak, jak kiedyś - błogo i beztrosko! Upajałam się zielenią drzew i bujnością kwiatów na skwerkach. Wystawiałam twarz do słońca i uśmiechałam się sama do siebie. Podśpiewywałam pod nosem piosenki brzmiące z głośników, nie zważając na zdziwione spojrzenia przechodniów. Przyglądałam się ludziom i ich odmienności. Wyławiałam z tłumu najszczuplejsze i najładniejsze dziewczyny. Spoglądałam, co jakiś czas w witryny i oglądałam siebie odbijającą się w nich. Podobała mi się dziewczyna, którą w nich widziałam. Nie dlatego, żebym się zmieniła od wczoraj - od chwili, kiedy tak bardzo siebie nienawidziłam. Podobała mi się ta radość, którą w niej dostrzegłam i uśmiech, którym obdarowywała wszystkich w koło. Podobało mi się uczucie pustki w brzuchu i lekkość, którą czułam. Wszystko to sprawiło, że wtedy przez moment byłam ładna. Nadal tak się czuję. Wiatr rozwiewa mi wypuszczone z koczka blond kosmyki. Promienie słońca tworzą cudowną grę świateł i cieni na moich policzkach. Czuję ciepło i delikatny chłód, gdy zrywa się słaby wietrzyk. Czuję się wreszcie częścią tego świata. Czuję się częścią natury i tej wiosny, która wreszcie przyszła. Wszystko budzi się do życia i ja się budzę!
Nie wiem, jak mogłam wczoraj pomyśleć, że jestem niekochana i niechciana! Teraz żałuję nie tylko tych słów, które wypowiedziałam, ale i myśli, które wtedy mnie naszły. Dziś miałam czas na przemyślenia i wiem już, że moi Rodzice wszystko, co robią, robią dla mnie. To, że czasem mają do mnie wyrzuty to wcale nie znaczy, że przestają mnie kochać. Po prostu chcą, bym wyrosła na jak najlepszego człowieka. Są najlepszymi Rodzicami pod słońcem. I ja chcę być najlepszą córką! Nie dam Im więcej powodu do smutku, ani rozczarowania. A przynajmniej zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nie dopuścić do tego! By nigdy więcej we mnie nie zwątpili!
Zjadłam dziś jedynie jabłko i Ciotka to przyuważyła. Posądziła mnie nawet o to, że kręci mi się w głowie i jestem słaba, kiedy potknęłam się o własną nogę... Cóż... Sama jestem sobie winna. Nie trzeba było być taką nieuważną łamagą, która potyka się o własne członki. Udało mi się jednak wymigać od wszelkich posiłków. Na jabłku się skończyło, ale kolację będę musiała zjeść ze Wszystkimi. Od tego już nie ucieknę. Planuję kromkę ciemnego chleba z pomidorem, pieprzem i solą. Jeśli będą się czepiać, że za mało to zjem jeszcze jajko na twardo, ale nic po za tym.
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
gggggggggg
07:24
Dziś ostatni dzień wolności. Jutro już trzeba iść do szkoły, ale na szczęście będę miała delikatne i stopniowe wdrążanie w tryb nauki, ćwiczeń, wykładów (na które i tak nie chodzę) i obowiązków. A to dlatego, że w czwartek mam tylko jedne zajęcia - niestety moje NIEulubione - w piątek nic (chyba, że pójdę na konsultacje z TiM gimnastyki - przydałoby się), no i wiadomo weekend. W takim układzie można powiedzieć, że zaczynam dopiero od poniedziałku.
Obudziłam się o 6:30, mimo że planowałam dopiero o 7:00 otworzyć pierwsze oko, 7:30 drugie, a ewentualnie o 8:00 zwlec się z wyrka. Na moje nieszczęście akurat, kiedy nie mam nic konkretnego do roboty nie mogę spać, a kiedy muszę wstawać wcześnie to ni cholery. ;) Z drugiej strony jestem zadowolona, bo ostatnio jestem strasznie spragniona światła, słońca, życia i żal mi tracić nawet chwili z tych wiosennych dni! Słyszałam, że ludzie na starość zrywają się skoro świt, bo czują, jakby te wszystkie ostatnie chwile, które im pozostały, uciekają w jeszcze szybszym tempie. Czyżbym się starzała? Heh! Z pewnością nie młodnieję, jak każdy zresztą, ale od wczoraj czuję się, jakbym urodziła się na nowo! Zreszta do jasne ciasnej! O czym ja gadam! Przecież nie mam jeszcze nawet 20 latek! :D
Mam do Was takie pytanko. Czy, któraś byłaby zainteresowana opakowaniem Bio-Slim (30 tabletek), Chrom Plus (95 tabletek, bo 5 zużyłam) lub Aplefit (90 tabletek, bo 10 zużyłam). Ja nie chcę ich już brać, bo ciągle zapominam, a takie zażywanie wspomagaczy z doskoku nie ma sensu. Poza tym, jak dla mnie to za dużo już tych specyfików. Nie chcę ich sprzedawać, ale chcę je komuś oddać. Jestem mi po prostu żal wyrzucić, a nie chcę, żeby u mnie leżały, bo jeszcze ktoś zobaczy. Trzeba by mi tylko zapłacić za przesyłkę każdego preparatu po 2-3 złote. Pewnie zgłosi się do mnie kilka Motylków, więc od razu mówię, że kto pierwszy ten lepszy... Żeby potem tylko nie było na mnie, że kogoś zaniedbuje... ;) Zgłaszać się w komentarzach, kto chętny! :*
10:51
Przed chwilą rozmawiałam z Mamą moich zamówieniach na Tussi dla Was. Oczywiście nie mówię, że to dla Was, ale dla kumpli z Uczelni. A temat wyszedł dlatego, że jeden Motylek, który prosił mnie o Tussi jest z Wrocławia i dlatego odesłałam Ją do apteki mojej Mamy, bo tak po prostu było łatwiej. Pytałam, więcz czy "kumpela z Uczelni" była po Tussipect i dowiedziałam się, że i owszem była, ale okazało się, że Tussi faktycznie jest na receptę. Aż mi serce podeszło do gardła i w brzuchu poczułam ścisk. Jak to? Czyli nie dostała Tussi? Jak ja będę wyglądać teraz w Waszych oczach, gdy powiem, że z zamówień nici? Takie myśli błądziły mi po głowie, więc zapytałam Mamę wprost, co teraz mam robić, skoro tyle mam już próśb o skombinowanie tego specyfiku. Powiedziała, że bez obaw, że wszystko załatwi i teraz i później, i zawsze kiedy będę potrzebować. Powiedziała, że recepty sama załatwi i nie będzie problemu. Dla Niej ten pomysł z wydawaniem Tussi na receptę jest śmieszny, bo większość leków ma efedrynę w swoim składzie, a mimo to są sprzedawane bez recepty. W ten oto sposób dowiedziałam się, że tak na przykład Sudafed jest bez recepty i też ma efedrynę, więc Dziewczyny macie alternatywę. To głównie informacja dla Motylka411, bo pytała mnie o to, czy znam jakieś preparaty działające, jak Tussi. Sprawdzcie tylko, jaką ma Sudafed zawartość substancji aktywnej. Dla porównania Tussipect ma 15 mg.
No i święta definitywnie się skończyły. Szwajcarzy pojechali i jakoś tak cicho, pusto i ponuro się zrobiło. Ale smutać się nie wolno, kiedy za oknem taka pogoda!!! ;)
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdasda
11 kwietnia 2009, sobota
Wielka Sobota
00:18
Kochane Dziewczynki! Napiszcie mi w komentarzach pod tą notką swój numer gg i ile chcecie opakowań Tussi, o ile w ogóle chcecie. Ja się do Was odezwę na ten numer gg i podam, ile trzeba zapłacić, na jakie konto wpłacić i co wpisać w dane rubryki, a Wy w zamian napiszecie mi swoje dokładne adresy, na jakie mam wysłać paczki. Mam już kilka zamówień, więc żeby nie odwlekać pierwszą porcję będę wysyłać już w środę/czwartek. Jeśli któraś chce się załapać na ten termin to dawać znać.
Na początek były takie instrukcje techniczne dla zainteresowanych, a teraz coś o minionym dniu.
Cały dzień super. W sumie nie zawaliłam. Niby głodówka, ale coś tam jadłam. Ćwiczyłam, więc nie mam sobie za złe. Poza tym jadłam mało i zdrowo. W końcu nie ma co się porywać z motyką na słońce, bo znowu wyląduję z głową w misce pełnej ciastek. A no właśnie... Jeśli już mówimy o ciastkach to dziś miałam potworny kryzys! Mama wróciła do domu jak zwykle o 23 i ja jak zwykle zaczęłam się kręcić w tym czasie koło kuchni, żeby trochę z Nią pogadać. Rano upiekłyśmy kruche ciasteczka, a że pierwsza partia zupełnie nam nie wyszła to Mama ciągle się nimi emocjonuje i o nich mówi. Powiedziała wczoraj, że nie będzie mnie zmuszała do jedzenia niczego słodkiego, ale szybko o tym zapomniała i ciągle mnie pyta, czy nie spróbuję. W ciągu dzisiejszej a la głodówki pytała mnie, czy nie mam ochoty na te ciasteczka chyba z pięć razy! No więc wróciła do domu, wyjęła Kajmak (mam do niego straszną słabość tak, jak do Raffaello, czekoladek Lindt, mrożonej czekolady i tortu orzechowego) z lodówki, położyła miskę z ciasteczkami na blacie i zaczęła smarować... Boszzz... Dawno nie przeżywałam takich tortur. Kiedy po raz szósty spytała, czy nie chcę, odburknęłam w złości, żeby już dała sobie spokój z tymi ciastkami, bo wcale nie mam na nie ochoty. Oczywiście skłamałam. Skręcało mnie, jak nie wiem. Walczyłam swoją silną wolą ze swoimi słabościami i o dziwo wygrałam! Przynajmniej tym razem. Kiedy Rodzice poszli jeść obiad/kolację/nocne żarcie - licho Ich wie, co za posiłek Oni jedli, bo w naszym grafiku z pewnością żaden taki incydent nie miałby miejsca/na takie późne posiłki nie ma w naszym słowniku nawet nazwy - usiadłam na blacie w kuchni, wzięłam do ręki nieposmarowane Kajmakiem kruche ciasteczko (Bóg tylko wie, co by było, gdyby ciasteczko było posmarowane i poczułabym ten cudowny zapach skondensowanego mleka o smaku karmelu) i wąchałam je, aż przestałam czuć jakikolwiek zapach. Pokusa jednak nie zniknęła i ochota na nią dalej mnie nakłaniała do złego. Spojrzałam na nadgarstek, chwyciłam w dwa palce czerwoną gumkę i z całej siły naciągnęłam, a potem puściłam moją nową "bransoletkę". Ostry ból przeszył całą rękę, a po plecach przeszły mi ciarki. Ochota trochę zbladła. Strzelałam gumką tak długo, aż całkowicie odegnałam myśl, że mogłabym sięgnąć po ciastka. Kiedy skończyłam moja skóra była tak obolała, że nic już nie czułam. Do teraz mam czerwone, grube, wypukłe pręgi - ślad po odegnanym niedawno niebezpieczeństwie...
18:17
Przyjechała do nas Siostra z Chłopakiem. Najpierw poszłyśmy do święconki i było super. Potem aż do 15 wszystko szło bardzo dobrze, ale potem się posypało... Wszyscy zasiedli do stołu i co chwilę każdy prosił mnie o posmarowanie jego ciasteczka Kajmakiem. Wstawałam wielokrotnie od stołu i babrałam się w lepkiej mazi... Wreszcie nie wytrzymałam i sobie również pozmarowałam ciastko. Po jednym pojawiło się drugie i trzecie... Zjadłam kilka, a może nawet kilkanaście. Teraz brzuch pęka z powodu nadmiernego przepełnienia! Do tego uległam 5 czekoladkom Lindt... Eh... No cóż! Wczorajsza bitwa wygrana, dzisiejsza przegrana, ale nie poddaje się! Reszta świąt będzie lepsza. Jutro dużo poćwiczę, a z Rodzinką zjem tylko śniadanie, które i tak będzie malutkie. Pojutrze też poćwiczę dużo, a wieczorem przyjedzie Rodzinka. Posiedzę z Nimi i pogadam. A we wtorek na zakupyyy! Do tego czasu muszę pozbyć się tego, co dziś zjadłam, poczuć się lekką i może zrzucić nawet kilo. :D Wzięłam Fructolax!
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
dasdasdasd
10 kwietnia 2009, piątek
Wielki Piątek
09:03
Właśnie wzięłam dwie tabletki Tussi i kończę drugą kawę. Nie posłuchałam mądrej Aieczki, która chciała mnie ustrzec przed zbyt ostrą reakcją na ten specyfik i namawiała mnie do wzięcia jednej, ale głupie dziecko zawsze musi zrobić po swojemu. Najpierw pyta, żeby się upewnić, czy na pewno zrobi dobrze, a potem i tak idzie własną ścieżką... No cóż... Ale zrobiłam to głównie dlatego, że znam swój organizm na tyle, żeby wiedzieć, iż mój organizm słabo reaguje na tego typu wynalazki. No zobaczymy, jak będzie tym razem. Już czuje, jak mi palce puchną. :/ Tego akurat bardzo nie lubię!
Dziś głodówka razem z Tatą. Ha! I nikt nie będzie marudził, że dziś nie widział mnie w kuchni. Wczoraj też praktycznie nic nie jadłam, ale nikt się nie burał, bo prawie przez cały czas sterczałam za blatem kuchennym, ale to dlatego, że sprzątałam - ale o tym nikt nie musi już wiedzieć. Niech myślą, że skubałam to i tamto. Tato tylko widział, jak wrzucam do kociej miski dwa kawałki mięsa, któe mi Mama zostawiła i które miałam już sobie udusić trzy dni temu, ale jakoś nie było mi po drodze. Zresztą wołowina czy wieprzowina, czy cokolwiek to było... Blee... Poprosiłam Ojca, żeby nie mówił Mamie, iż wyrzuciłam mięso, bo by się denerwowała niepotrzebnie. Wyrzuciłam, bo w efekcie nawet koty tego nie chciały. Tato obiecał, że nie powie. Wie, jak nie lubię mięsa i wie, jak można nie lubić mięsa, bo sam ma tę dolegliwość. Wie też, jak Mama nie dopuszcza do swojej świadomości to, że można nie lubić mięsa, dlatego teraz mamy swoją małą tajemnicę.
Tato nigdy nie robił jeszcze głodówki, podczas której nic by nie jadł. Dla Niego głodówka to są trzy marchewki, paczka landrynek, obiad z warzyw itp. Teraz jest zarządzenie, że nic to znaczy zupełnie nic. Mnie raczej będzie łatwo, bo jestem przyzwyczajona, wzięłam Tussi i o dziwo czuję się świetnie, mimo że wczoraj też już głodowałam. Z reguły to po dniu głodówki jestem wyrzuta, jak psu z pyska.
Wczoraj pokłóciłam się z Mamą o byle pierdołe. Nawet powiedziała, że byłoby Jej miło, gdyby się nie odzywano do Niej przez jakiś czas. Zapytałam, więc czy byłaby szczęśliwa, gdyby te Święta były ciche i gdybym nic do Niej nie mówiła. Powiedziała, że być może. Odwróciłam się, więc na pięci i poszłam spać. Krzyknęła za mną jeszcze, że wcale nie powiedziała, że byłaby szczęśliwa, ale to mnie już nie obchodziło. Byłam wkurzona i zażenowana. W rezultacie Mama nie powiedziała mi tego, co miała powiedzieć, bo uznała, że jestem nielojalna. Rano jednak wstała już ze zmienionym o mnie zdaniu. Zeszła na dół w piżamie, czego nigdy nie robi. Powiedziała dwa razy "cześć", ale bez odpowiedzi. Podeszła, przytuliła mnie i pocałowała, a ja się dałam, choć zawsze w takich sytuacjach uciekam. Powiedziała, że mnie przeprasza, a ja, że ja też. Potuliłyśmy się i wszystko już jest ok. Powiedziała mi, o co chodziło wczoraj. Więc znam już tajemnicę, ale nie będę tego tu pisać, bo to nic, co mogłoby Was zainteresować. Takie rodzinne sprawki.
Założyłam wczoraj czerwoną gumkę recepturkę na nadgarstek. Nie jestem jeszcze gotowa na nitkę, bo nie miałabym żadnego wytłumaczenia, czemu ją noszę. Z gumką jest zupełnie inna sytuacja. Mogę powiedzieć, że sprzątałam i znalazłam, założyłam na rękę, a potem o niej zapomniałam. U nas po domu pełno wala się takich gumek, bo Mama przynosi je z apteki.
Wieczorem napiszę, jak poszło z Tussi. Póki co mija godzina, a ja nic nie czuję. Nic, totalnie nic!
16:21
Na mnie Tussi nie zadziałało. Tak, jak się spodziewałam - dla mnie to za mała dawka. Za tydzień w piątek spróbuję wziąć więcej. Do tego po piętnastej naszły mnie straszne zawroty głowy, osłabienie, pulsowanie w potylicy i mocne bicie serca. Nie sądzę, żeby to była sprawka specyfiku. Bardziej wydaje mi się, że to przez głodówkę, która trwa już ponad 40 godzin. Czułam się jednak źle do tego stopnia, że zjadłam Activie. Miałam wrażenie, że poległam, że nie dałam rady i głupio mi było przed Rodzicami, choć Oni ciągle namawiali mnie do tego, żebym coś zjadła i mówili, że może to nienajlepszy pomysł był. Mnie jednak było głupio okazywać słabość, szczególnie widząc, jak Tato - zawodowy pochłaniacz słodyczy - świetnie sobie radzi i przez cały dzień pracuje w ogrodzie, a ja choć dużo sprzątałam wczoraj i dziś pomagałam w kuchni to teraz nie mogę kiwnąć nawet palcem w bucie. Już miałam ochotę powiedzieć Im, żeby nie mieli mnie za takiego całkowitego mięczaka, że ja tak naprawdę od wczoraj głoduję i wcale nie jestem mięczak, a twardziel. :D Heh! Na szczęście się powstrzymałam i to było moje zwycięstwo. A wiecie czemu? Niech myślą, że jestem mięczak. Niech myślą, że jednego dnia nie mogę wytrzymać bez jedzenia. Wtedy na pewno nie będą mnie podejrzewać o głodzenie się, o unikanie jedzenia. Ha! I znowu wyszło na moje. Jedna Activia to znowu nie taka tragedia. Ważne, że odzyskałam siły i zaraz się zabiorę za coś owocnego, a nie będę tylko gnić na kanapie z powodu zawrotów głowy, jak to miało miejsce przed momentem. ;]
Co do Tussi to jeśli, któraś chce to napiszcie mi pod którąś z notek numer ze swoim gg. Zagadam i ustalimy co i jak! Jedno opakowanie to 20 tabletek i kosztuje 6.88 zł (chyba, że się coś zmieniło, ale nie sądzę - zadzwonie jeszcze dziś do Mamy i się upewnię, więc wieczorem będziecie miały pełne informacje o cenie). Do tego koperta (kupiłam już pięć bąbelkowych, żeby opakowania się nie pogniotły, ale spokojnie mogę dokupić) i znaczek. To gdzieś koło 2 złotych. Trochę zaniżam, ale czego się nie robi dla moich Kochanych? Wy i tak wystarczająco dużo dla mnie zrobiłyście. Jeśli choć trochę ja mogę oddać Wam tej dobroci to zrobię to bez wahania! W kopercie zmieszczą się dwa opakowania, czyli za dwa opakowania wychodzi przesyłka również 2 złote. Tak kalkulując wysyłka jednego opakowania to 9 złotych, a dwóch 16. Możecie zamówić sobie, ile chcecie. Nawet dziesięć. Każde zamówienie zrealizuje. Tylko nie szalejcie zbytnio. ;]
16:49
Gadałam już z Mamą i cena jest taka, jak napisałam wyżej, czyli 6.88 zł.
18:56
Zjadłam jeszcze mandarynkę i pół pomidora z odrobiną kefiru i przyprawami. Shit! Miało nie być już nic, ale wyszło inaczej. Zaraz pójdę do sklepu, żeby zaopatrzyć się w gumy do żucia na święta - na pewno się przydadzą. Potem jeszcze pojeżdzę na rowerku stacjonarnym i poćwiczę brzuszki przed TV. Myślę, że odkupię swoje grzechy. ;)
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdasda
9 kwietnia 2009, czwartek
Wielki Czwartek
10:06
Nocowałam dziś u Siostry, więc teraz jestem jeszcze u Niej. Wymieniłyśmy się telefonami (aparatami), więc ciągle mnie o coś pyta i podchodzi tu, gdzie ja piszę! Zostawiłam otwartą stronę, kiedy Jej coś tłumaczyłam, bo nie chciałam wzbudzać podejrzeń, że coś przed Nią chowam. To był mój błąd! Teraz nie wiem, czy nie przeczytała i nie zapamiętała adresu mojego bloga. Będzie mnie to męczyć. Chyba założe hasło. Jakieś proste, żebyście nie miały za wiele problemu z jego zapamiętaniem, ale jednocześnie Ona by go nie znała, więc rozwiązałoby to całą sytuację. A niebawem może będę mogła je zlikwidować. Zastanowię się jeszcze nad tym. Wiadomo, że nikt nie może się dowiedzieć o mojej tajemnicy, więc muszę dmuchać na zimne.
Co do wymiany telefonów... Obie zapragnęłyśmy zmienić swoje (czyt. Ona mnie do tego namówiła). Po dłuższym wahaniu - bo wiedziałam, że będą z tym problemy, z moją Sis nie da się niczego załatwić bezproblemowo - wreszcie się zgodziłam. Skopiowałyśmy wszystkie kontakty z telefonów na sim i przełożyłyśmy karty. Już tu zaczęły się problemy, bo okazało się, że 90 kontaktów D. nie zmieści się już na sim. Będzie musiała przepisywać, co wiąże się z tym, iż ja oczywiście nie mogę ich skasować i już mnie to wkurza. Potem przesłałam Jej wszystkie zdjęcia, muzykę i dzwonki, a było tego sporo, więc trwało w ch** długo. Od tego momentu zaczęły się schody. Jak w każdej umowie zawsze jest kilka podpunktów, które napisane są małym druczkiem i zazwczaj są pomijane/niezauważone podczas czytania. W naszym przypadku takimi podpunkcikami pisanymi małym druczkiem było wszystko to, czego Siostra mi nie dopowiedziała o swoim aparacie, a co wyszło potem. Otóż mianowicie moja kochana Sis ma 500 sms'ów, z którymi nie może się rozstać. Siedzi, więc teraz i je przepisuje. Tak, jak samo, jak w przypadku kontaktów ja nie mam prawa ich kasować, dopóki wszystkich nie przepisze... :/ Następnie okazało się, że ma cały zapełniony kalendarz sprawunkami do zrobienia i musi je również przerzucić do siebie, co potrwa znowu kupę czasu. Na koniec - jakby tego jeszcze było mało - Chłopak D. wygadał się, że kiedyś tam wpadł Jej telefon do kibla. Cudnie! Nie ma to, jak rodzona Siostra. Szczera, bezinteresowna i dbająca o interesy młodszej siostruni, a nie jedynie o swoje. Ale i tak kocham Ją nad życie! Wszystko, więc Jej wybaczam! ;]
Wczoraj Sis zanim zabrała mnie do siebie (to nie było w planach, wyszło spontaniczne) wpadła do nas do domu (Rodzice w pracy) i pogadałyśmy sobie o śmierci Przyjaciółki Ojca, o Rodzicach, o mojej uczelni, Jej pracy i wszystkim tym, co nas ostatnimi czasy męczyło. Miała zostać chwilkę, ale chwilka przekształciła się w godzinę albo i nawet półtora. W pewnym momencie D. wybuchła i zalała się łzami. Stałam osupiała nie wiedząc, co się dzieje. Powtarzałam w myślach wszystko, co ja takiego przed chwilą powiedziałam, że doprowadziło Ją do łez. Podeszłam i przytuliłam to zasmarkane stworzonko. Spytałam, co się stało i wyszła sprawa, którą ukrywała przed wszystkimi (Rodzicami, Przyjaciółmi, Chłopakiem, przede mną) od tygodnia i z którą strasznie się męczyła. Muszę przyznać, że grała idealnie, bo nie dało się poznać, że ma JAKIKOLWIEK problem, a już na pewno nie TAKI. Powiedziała mi, że odebrała dziś (to było wczoraj) wyniki ze szpitala, bo zrobiła sobie badanie na jakąś ciężką chorobę i przez cały tydzień żyła w zawieszeniu. Przez cały ten czas żyła z myślą, że wynik może być pozytywny. Na szczęście nie był i wreszcie te wszystkie czarne myśli i emocje, które się w Niej kłębiły znalazły upust. Nie wiem, czemu podejrzewała, że jest chora. Powiedziała, że nie po objawach, ale że powód miała. Podobno nie zrobiła też niczego głupiego i choroba, której się obawiała to nie jest AIDS (bo ja oczywiście Ją wypytywałam), ale zdecydowała się nie mówić, na co robiła badanie, bo jak to ujęła: Im mniej wiesz tym lepiej, mniejszy ciężar będziesz dźwigać na swoich barkach. Nie do końca to rozumiem, bo przecież choroby, mimo wszystko NIE MA. Mogłabyć, ale jej NIE MA, więc czemu nie może mi powiedzieć? Tłumaczyła mi to w ten sposób, że mimo iż ufa mi bardzo i wie, że nie puściłabym pary z ust nawet, gdyby mnie torturowano, to człowiek jest taką istotą, że czasami chlapnie coś nie zastanawiając się nad tym, co mówi. Powiedziała, że nie wygadam nic przypadkiem o Jej rzekomej chorobie, kiedy musiałabym tłumaczyć komuś dokładnie, żeby zrozumiał, o co chodziło, niż gdybym znała nazwę tej choroby i by zdradzić całą tajemnicę wystarczyłoby wymienić jedynie nazwę. Może ma rację... Ja jednak znam siebie i wiem, że nigdy nie wypowiem i nie wypowiedziałam słów, których nie chciałabym wypowiedzieć. Wszystko nawet to, co było powiedziane przeze mnie "przypadkiem" było tak na prawdę wynikiem świadomej, przemyślanej decyzji. Ona nie wie, że taka jestem i nie musi wiedzieć. A ja tą umiejętność zawdzięczam Anie, bo to właśnie ona nauczyła mnie pilnować swoich tajemnic, jak najcenniejszego skarbu na świecie. Rozumiem, więc decyzję D., ale same wiecie, jak mnie to teraz męczy. Wiem coś, czego tak naprawdę nie wiem... Muszę jednak uszanować Jej decyzję. Na początku byłam na Nią zła, że mówi mi to, rozbudza ciekawość, a potem nie kończy. Jednak teraz rozumiem, że w tej sytuacji wcale nie chodzi o mnie, a o moją Sis i tylko Jej uczucia się liczą. Musiała to z siebie wyrzucić i moja niezaspokojona ciekawość nie ma tu nic do rzeczy. Przy mnie spaliła podarte już wyniki badania i z ostatnim płomyczkiem zniknęło wszystko złe, co mogło się przydarzyć, ale się NIE PRZYDARZYŁO. Od tamtej pory nie rozmawiamy już o tym, czego się dowiedziałam. I tak czuję się wyróżniona. W końcu sama mi powiedziała, że tylko ja to wiem, tylko mnie to mówi. Nikt inny nie może się dowiedzieć. Tak, więc ciiiiiii! Jakby co, nie było tematu!
Dziś mam dużo do zrobienia, ale nie będę się teraz rozpisywać, co i jak. Nie wiem, jak to wszystko się ułoży, z czym się wyrobię, a z czym nie, więc dopiero wieczorkiem napiszę, co dziś porabiałam.
Jeśli chodzi o dietę to dziś "pierwszy dzień" diety, więc standardowo musi być głodówka. Wiem... Wiem Nadine... Wiem Asiu... I wiem, że wy wszystkie, nie tylko Nadine i Asia się o mnie martwicie i w tym momencie pewnie macie ochotę mnie zlinczować i macie do tego całkowiete prawo, a nawet moje pozwolenie. Wiem też, że bardzo mnie kochacie i nigdy tego nie zrobicie! :* Ha! I znowu wyszło na moje. :) Jak to miło robić wszystko po swojemu, a innym odcinać drogę do robienia wyrzutów z powodu tego, że może nie wszystko z tego wszystkiego jest dobre i mądre. Heh! Zamieszałam, ale na pewno wiecie, co mam na myśli. Tak, więc dziś głodówka i jutro (teraz powinnam dostać drugi silny, dobrze wymierzony policzek) też głodówka, bo Wielki Piątek. Żeby nie było tak całkiem wszystko na mnie to będę się zasłaniać za Aieczką. ;] To Ona mnie namówiła! Heh! Ja nie miała z tym nic wspólnego! Jak Boga kocham! Właściwie to nawet mnie zmusiła! (Aieczko, kofaaaam Cię, więc się nie gniewaj na mnie za te żarty. :* Miłości wszystko się wybacza. :D)
Jutro biorę Tussi i nie ma już odwrotu... To znaczy pewnie jest, ale ja podjęłam decyzję i klamka zapadła. Pewnie dostanę większego kopa, bo już od dziś nie mam zamiaru niczego jeść, ale to dobrze. Może dzięki temu będzie mi łatwiej przetrwać tak długi post - dwudniowy. Wiem, że może dla niektórych z Was to nic takiego, ale ja nigdy tak długo się nie "głodziłam".
Wieczorem, koło 20 zrobie dopisek.
I dziękuje Wam za całą Waszą wyrozumiałość w stosunku do mnie!
19:09
Właśnie usiadłam przy czwartej już dziś kawie. Teraz trochę się rozbudziłam, ale wcześniej ciągle chodziłam, jak nieprzytomna. Nie miałam dziś czasu ćwiczyć, ale wciąż latałam po domu z mopem i szmatą. Wieszałam pranie, myłam podłogi, ścierałam kurze, wyrzucałam śmieci, sprzątałam pokój i spiżarnię, myłam naczynia, sprzątałam śwince, układałam ubrania i robiłam wiele innych czyności. Wyrobiłam się praktycznie ze wszystkim, ale zabrakło mi wolnej chwili na ćwiczenia. Jednak nie wszystko jeszcze dziś stracone, bo zaraz jadę na trening tenisa i do sauny.
Głodówka przeszła całkiem dobrze. Zjadłam tylko jabłko i jedną truskawkę. W sumie uważam, że dobrze zrobiłam, bo dziś wcale nie miało być głodówki, ale że wczoraj popsułam na całej linii to dziś musiałam się oczyścić, dlatego wyszło, że mam "głodować" przez całe dwa dni. Jutro post ścisły, więc żadnego jedzenia - nawet jabłka.
Dziś Mama mi powiedziała, że dowiedziała się czegoś, co Ją bardzo zaskoczyło i zażenowało. Podobno jeszcze się to nie stało, ale plan był i to już Ją strasznie wkurzyło. Strasznie namieszała mi w głowie, a na koniec powiedziała jeszcze, że nie powie mi teraz o co Jej chodzi, a dopiero wieczorem na spokojnie, o ile w ogóle. O matko!!! Czy Ci ludzie się na mnie uwzięli? Każdy ma jakieś tajemnice i nie miałabym nic przeciwko, gdyby tylko nie obarczali mnie połową z tej tajemnicy, a reszte zatajali tak, by mnie kusiła! Boszzz...
Rozmawiałam też dzisiaj z Mamą o cukrzycy Dziadka. Podobno cukrzyca jest dziedziczona, co drugie pokolenie. Na pewno ani D., ani ja nie mamy cukrzycy wrodzonej, ale przez to, że chorowali nasi krewni, jesteśmy bardziej zagrożone tą chorobą. Dowodem na to może być dolegliwość mojej Siostry. Ona ma już hipoglikemie, co obiawia się nasiloną reakcją na glukozę. Organizm wydziela za dużo insuliny, co może doprowadzić do insulinoodporności, a to z kolei do cukrzycy. Co gorsza Siostra bardzo zdrowo się odżywia od zawsze i dużo ćwiczy, co powinno zniwelować albo przynajmniej zmniejszyć ryzyko zachorowania, a jak widać nie zmniejsza. Wystraszyłam się bardzo, kiedy przypadowałam swoje objawy po zjedzeniu czegoś słodkiego, do objawów mojej Siostry. Od razu puchną mi dłonie, robią się czerwone i gorące, mimo że zawsze mam szczupłe i lodowate. Do tego skóra robi mi się strasznie sucha, a ja robie się potwornie ospała. Niby mam teraz wymówkę, żeby tylko nie jeść słodyczy, ale jakim kosztem! ;( Tato kupił tort i Mama krojąc sobie chciała i mnie ukroić, ale spojrzała na mnie i powiedziała: Nie będę Ci lepiej kroić ani więcej Cię namawiać na słodycze, skoro się tak tym przejmujesz i masz taką samą reakcję na cukier, jak D. Fajnie to wyszło, ale dalej się martwię... To z pewnością będzie dodatkowa motywacja, ale czy uda mi się pokonać ryzyko dietą i ćwiczeniami, jeśli będę je rygorystycznie przestrzegać? Moja Sis niby się dobrze odżywia, ale wiem też, że ma słabą wolę i uwielbia słodycze, więc może to dlatego dalej ma tą hipoglikemie. Czy mnie też to grozi...? ;(
Jakby, któraś chciała to mogę załatwić Tussi. Będzie w prawdzie o jakieś 2 złote droższe niż normalnie w aptece, ale zawsze będzie. A droższe dlatego, że muszę kupić znaczek i kopertę/kartonik. :D Myślę, że nic się nie zniszczy podczas przesyłki. Postaram się zapakować tak, żeby wszystko było okey. Poza tym nawet jeśli pudełko będzie naruszone to tabletki i tak są w plastiku, więc nic im się nie powinno dziać. Wiem, że Tussi to nic dobrego i teoretycznie odradzam Wam je, ale to decyzja każdej z Was osobno, więc jakby co to jestem do usług!
"Czasami wydaje nam się, że mieszka w nas dwóch różnych ludzi. Jeden, który wszystko doskonale czyni i tego człowieka prezentujemy światu. Jest też i ten drugi, którego się wstydzimy, i tego ukrywamy. W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie.
Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości czynią go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych. Ktoś, kto jest bezkrytyczny wobec samego siebie, będzie twardy i niezdolny wczuć się w innych. Nie będzie umiał nikogo pocieszyć, dodać odwagi i wybaczyć. Szczęście i przyjaźń tkwią tam, gdzie ludzie są wrażliwi, łagodni i delikatni w słowach, i wzajemnie kontaktach."
Phil Bosmans
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdczsf
11:39
Wczorajsza głodówka wypadła całkiem nie źle. Nie zjadłam nic, ale wydaje mi się, że pomogły mi w tym emocje, które się we mnie kłębiły. Ogarną mnie wczoraj jakiś taki dziwny spokój. Dziś czuję się już w miarę normalnie, choć wiadomo, że nie ochłonęłam jeszcze całkowicie.
Koło z Biochemii zaliczyłam na cztery, więc prawdopodobnie będę mogła iść na przedtermin. Jutro się wszystkiego podowiaduje. Tamten drugi egzamin (Podstawy fizjologii i biochemii), na który szłam z biegu też zdany, choć nie wiem na jaką ocenę.
Byłam już dzisiaj na basenie i miałam koło ze stylu klasycznego i skoku na główkę. Jako jedyna ze swojej dziesięcioosobowej grupy dostałam pięć! :D Były jeszcze dwie czwóry, pare trój i jakieś trzy dwóje. Po zajęciach pojechałam do Taty i zostawiłam u Niego swoje manele. Potem poleciałam na zdejmowanie plastrów i na moje oko nic nie dały, a jedynie mnie denerwowały przez cały tydzień. Teraz jestem już z powrotem na uczelni w Pokoju Nauki (wolę być tu sama i mieć ciszę i spokój, a dzisiaj straszny tu tłok :/) i popijam kawkę z automatu. Zapomniałam słodzika i męczę się z nią okrutnie. Do tego przez przypadek kupiłam dwie... Psia krew! Kiedyś piłam wszystko gorzkie, a teraz tak się od tego odzwyczaiłam, że czarna kawa bez słodzika nie przechodzi mi przez gardło.
Odstawiłam chrom i Aplefit, bo mam wrażenie, że tylko więcej chce mi się po tym jeść! Przy błonniku i L-Karnitynie dalej twardo obstaję. Do tego jakieś witaminki ze Zdrovita.
Cookie zrobiła mi straszną ochotę na tą dietę ze strony Ana Boot Camp. Poczekam do Wielkanocy. Będę jeść malutko (a przynajmniej się postaram), według własnego sumienia i gustu. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. W czasie Świąt też nie mam zamiaru sobie folgować. Dieta, jak na codzień. A po Świętach zobaczymy. Zaczną się całe tygodnie szkoły i żadnych większych okazji do spotykania się z Rodziną, więc być może uda mi się przez 50 dni stosować się do limitów kalorycznych z Ana Boot Camp. Choć nie ukrywam, że będzie to trudne - ze względu na moją słabą wolą i słomiany zapał.
Póki co jadłospis na dziś:
I: 2 łyżki (20g) otrębów śliwkowych Sante (60)
II: jabłko (90)
III: łyżka (10g) otrębów śliwkowych Sante, opakowanie (150g) jogurtu naturalnego Zott Jogo Vita (110)
IV: jabłko (90)
V: 200g gotowanej fasolki szparagowej (50)
Wszystkie wartości zaokrąglam. To tak w przybliżeniu, bo nie chcę się znowu pakować w to ważenie jedzenia i dokładnie obliczanie!
Waga wzrosła mi do 53 kilo... Heeeee...?! :/ M-a-s-a-k-r-a! Nie wiem, jak ja się odchudzałam, że przytyłam i to TYLE! Ale dobra! Nie rozpamiętujmy tego, co było. Liczy się tylko to, co jest teraz. Od teraz będę ważyć się codziennie, żeby kontrolować wszelkie wahania wagi i dopilnować, by cyferki zmieniały się z wyższych na niższe, a nie odwrotnie. W razie, gdy waga zaczyna rosnąć zawsze można coś zmodyfikować w swojej diecie, jeśli się to na bierząco sprawdza, a jak nie to ma się lipę tak, jak ja teraz... :/
Tato rozmawia z nami o tym, co się stało. Mówi, co czuje i co o tym myśli. Dobrze sobie z tym radzi. Martwiłam się strasznie o Niego, bałam się, jak to będzie, ale na szczęście jest w miarę okey. O ile w ogóle w takiej sytuacji może być okey. Najważniejsze, że nie zamyka się w sobie, nie tłumi w sobie uczuć i nie męczy się z nimi sam. Czuje, że jesteśmy z Nim i my z pewnością będziemy z Nim w tym do końca. To chyba wszystko, co możemy zrobić, ale to teraz jest najważniejsze - obecność bliskiej/ich osoby/osób.
Całą noc śniły mi się koszmary. Słyszałam jakieś szelesty i miałam przed oczami twarz topiącej się kobiety. W środku nocy poszłam spać do Mamy...
P.S. Pierwszą próbę z Tussi wstępnie ustaliłam na czwartek, ale może to jeszcze ulec zmianie.
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
fsssssssssssssssss
00:02
Jak napisałam, tak zrobię - z tego względu dziś głodówka. Nie chcę się głodzić, a jednocześnie nie potrafię sobie tego odmówić. Wybór jest prosty - uczucie głodu, czy przepełnienia albo po prostu najedzenia. Teraz trzeba tylko wybrać, która potrzeba/chęć - jakkolwiek to ująć - jest silniejsza i podjąć decyzję. Wy doskonale wiecie, jaką ja podjęłam... Nie musiałam pisać nawet tego na początku. Znacie mnie lepiej niż niejedna osoba z mojej paczki. Znacie mnie praktycznie od podszewki i wcale nie dlatego, że znamy się długo, bo nie znamy się długo. Wcale nie dlatego, że ze mnie prosta istota, bo tak naprawdę moja psychika jest bardziej zawiła niż górska droga. I nie dlatego, żebym mówiła/pisała Wam wszystko, co czuję, choć się staram nigdy nie opowiem/opiszę wszystkiego, bo człowiek zbyt wiele odczuwa w zbyt krótkim czasie. Ale dlatego, że rozumiecie mnie bez słów. Dlatego, że choć każda z nas jest zupełnie inną, odrębną istotą to jednak łączy nas wspólny cel i sposób przeżywania wielu sytuacji. Wiecie, jak się czuję, gdy zjem czegoś "za dużo", choć nikt inny tego nie wie. Wiecie, co czuję, gdy widzę na wadze coraz mniejsze cyferki, choć inni nie wiedzą. Wiecie, jak czuję się, gdy odmówię sobie czegoś zakazanego lub wykonam wyczerpujący trening, choć nikt nie zdaje sobie sprawy ze szczęścia, które mnie przepełnia w takich momentach. Nikt nie wie do czego sprowadza się moje życie. Nikt tak naprawdę nie wie, co mnie rani, a co koi moje skołatane nerwy. Nikt nie wie, czego się boję i co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Wy to wiecie... Choć Wam tego nie mówiłam... A może wciąż o tym mówie...? Nie wiem... Wiem jednak, że choć nigdy żadnej z Was nie widziałam, choć nie usłyszałam Waszych głosów i nie zajrzałam w Wasze oczy to jest między nami więź, która nie łączy mnie z nikim innym. Jesteście mi bliższe niż większość osób z mojego otoczenia, które określam mianem przyjaciół.
Jestem uzależniona. Sama już nie wiem czy od głodówek, czy może od przejadania. Chyba od jednego i drugiego, ale bardziej od tego drugiego, bo gdyby nie chwile słabości nie byłoby też dni głodu. Jak walczyć z uzależnieniem, kiedy każdego dnia trzeba opierać się pokusie, która nieustannie jest na wyciągnięcie ręki? Jak leczyć się z nałogu, który nie pozwala o sobie zapomnieć nawet na chwilę? Jak uciec od swoich słabości, kiedy towarzyszą nam one na każdym kroku? "Podobieństwo uzależnień jest bliźniacze. Różny pozostaje jedynie rodzaj trucizny." Alkoholik ucieka od picia, narkoman od narkotyków, a ja? Gdzie mam biec, by uwolnić się od swojej trucizny. Alkoholik odstawia kieliszek i nigdy więcej do niego nie zagląda. Nikt go do tego nie zmusza. Wszyscy wiedzą, że nie może pić, więc nawet odsuwają od niego każdą kroplę trunku. Narkoman nie bierze kolejnej działki, idzie na odwyk i powoli wraca do życia. Z pewnością nie jest to łatwe życie, ale jeśli bardzo się postara, może sprawić, że narkotyki już nigdy nie pojawią się w jego życiu. Trudne do wykonania, ale możliwe, prawda? A my...? Czy możemy sprawić, żeby jedzenie raz na zawsze zniknęło z naszego życia? To już nierealne, ale łudzimy się, że jednak można, więc odmawiamy dodatkowej porcji deseru. Potem rezygnujemy nawet z pierwszej. Odkładamy widelec i rezygnujemy z obiadu. Nie idziemy do sklepu i nie robimy zakupów na kolację. Jednak zaraz zaczyna brakować nam sił, by zrobić cokolwiek... By żyć... Znajdujemy wreszcie równowagę, by żyć, jeść niewiele i "normalnie" funkcjonować. (A może jedynie egzystować? Mnie się wydaję, że to teraz ezgystuję, a dopiero zaczynam żyć!) Wtedy jednak przychodzi ktoś np.: zżędliwa ciotka, opiekuńczy rodzic, zazdrosna koleżanka, kochający chłopak, a nawet po prostu obcy człowiek, bo ludzie lubią wtykać nos w nieswoje sprawy... I każdy zaczyna miesza i mącić w nieswoim życiu - jakżeby inaczej! I ten, który życzy nam dobrze i ten który życzy źle. Wszyscy utrudniają nam wyjście z nałogu. Podsuwają przepełniony talerz i patrzą na ręce (w zęby pewnie też). A kiedy już wszystkich "wrogów" i tych nienawidzących i tych kochających z całego serca uda się oszukać, staje przed nami jeszcze jedna przeszkoda. Prawdopodobnie największa. My same! Czy siebie można oszukać tak samo, jak innych?
Będę walczyć. Bez obaw. Zapału i wiary mi nie brak. Plan też jest - gorzej z realizacją, ale w końcu wszystkiego w życiu można się nauczyć. Będę więc pilną uczennicą i nadrobię wszelkie zaległości.
Thinnes_Girl, dziękuje Ci, że gdzieś tam jesteś. Napisałaś, że podziękowania są zbędne, ale ja sądzę, że są potrzebne! Choć w tym, co napisałaś jest trochę prawdy, bo żadnymi podziękowaniami nie oddam Ci tego całego ciepła, które mi ofiarowałaś...
Nadine... Dla Ciebie chciałabym, by ta głodówka była ostatnia, ale niczego obiecać nie mogę. Dla Ciebie jednak mogę postarać się ze wszystkich sił, by nie zawalić przez kwiecień i dzięki temu nie musieć głodować. Na dłużej planów nie robię... Same wiecie... A dla siebie starać się nie umiem... Jak widzicie zresztą! Chęci są, ale wykonanie... Może, kiedy komuś dla mnie ważnego coś obiecam, będzie mi trudniej zawalić. Będzie mi trudniej zawieść tą osobą. Dlatego nie obiecuję, że wygram. Nie mówię nawet, że zremisuję. Jednak przyrzekam Ci, że stanę do boju i będę walczyć aż do ostatniej kropli krwi!
Wam wszystkim to przyrzekam...
"Przegrałam zanim zaczęłam grać w życie..."
16:05
Cały dzień miałam jakieś takie dziwne przeczucie, że wydarzy się coś złego. Chodził za mną smutek, którego przyczyny nie potrafiłam odnaleźć. Po zajęciach i włóczeniu się po centrum handlowym wylądowałam u Ojca w pracy. Był jakiś nieswój, więc spytałam, co Mu jest. Wskazał mi list leżący na biurku. Wzięłam go i zaczęłam czytać. Nie bardzo zrozumiałam, co miała na myśli osoba pisząca go. Żadnych konkretów, jedynie wielokrotne przeprosiny i wzmianki o tym, że życie tej osoby jest już skończone, że wszystko zostało stracone, że nic już nie ma sensu... Tato wyjaśnił mi, że jest to list pożegnalny od Jego Przyjaciółki, która odebrała sobie życie... Znałam tą Panią... Cudowna osoba! Taka pogodna i serdeczna. Długo nie mogłam uwierzyć, że to, co przed chwilą usłyszałam to prawda. Sama w liście pisała: Wiesz, jak kochałam ludzi i życie... Kto by pomyślał, że właśnie tak się ono skończy... Podobno się utopiła. W tej samej rzece, co kiedyś Jej Syn. Tato jest załamany. Nie mówi tego na głos, ale z pewnością wini siebie za to, co się stało. Ta Pani bowiem odeszła od nich z pracy na emeryturę i nagle przestała dawać znaki życia. Jedna z Koleżanek Taty nalegała, żeby pojechali Ją odwiedzić, ale Tato się upierał, że nie ma co zwalać się komuś na głowę bez zapowiedzi. Telefonów nie odbierała, więc doszli do wniosku, że zaczekają, aż sama się odezwie... Raz tylko Tato o tym wspomniał mówiąc, że myślał, iż może nie ma ochoty ich oglądać, a Ona miała takie problemy i to dlatego milczała... Wyrzuca sobie, że jednak nie pojechali. Może wtedy wszystko wyglądałoby inaczej. A ta śmierć wydaje mi się tym tragiczniejsza, im bardziej uświadamiam sobie, jak błachy był jej powód. Może nie do końca znamy prawdę, ale podobno Urząd Skarbowy upomniał się o zaległy podatek, na którego spłatę nie miała pieniędzy. Poniekąd mam do Niej żal o to, co zrobiła. Z powodu pieniędzy zostawiła Rodzinę i Przyjaciół. Nie mogę tego zrozumieć. Mam do Niej żal, bo choć wiedziała, jak Tatę boli Jej odejście z pracy to jeszcze zostawiła Go na zawsze... Nie potrafię tego pojąć, jak można kochać i być tak egoistycznym... Ale nie oceniam, bo nie wiem, co się w Niej działo, co czuła i jakie myśli kłębiły się w Jej głowie... [*]
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
fsdferdsv
Wstaję rano, a tu za oknem taka szaruga... Od razu wszystkiego się odechciewa. Mimo wszystko, jak wyszłam okazało się, że powietrze jest całkiem przyjemne - w miarę ciepłe i świeże. Spóźniłam się na tramwaj i musiałam czekać na następny. Kiedy wreszcie dopadłam wolne krzesełko w jednym z pojazdów komunikacji miejskiej, dostałam sms'a. Tak, jak zawsze cieszę się z przychodzących do mnie wiadomości to teraz moją pierwszą myślą było: Oby to nic złego! - dosłownie jakbym przewidywała, że ten dzień będzie pełen niespodzianek i niekoniecznie miłych wiadomości. Niepewną ręką otwieram klapkę telefonu i... Sms od Siostry, czy ma po mnie przyjechać przed treningiem tenisa... Ufff... Cóż za ulga! Nic złego! Dojeżdzam na przystanek docelowy cała zestresowana - nie wiedzieć czemu. Mam wrażenie, że cały dzień będę chodzić zamyślona i przygnębiona. Wciąż w głowie wyliczam egzaminy do zdania, przedmioty do zaliczenia, referaty do napisania... Eh... Ogromna ilość spraw do załatwienia mnie przytłacza. Spotykam Ludzi z grupy i od razu humor mi się poprawia. Sama siebie nie poznaje. Wygadana, roześmiana i dowcipna - jak nigdy. Od razu włączam się do rozmowy i wyjątkowo sprawia mi ona wielką przyjemność (zazwyczaj, gdy mam dużo zmartwień, nie mam ochoty na rozmowy). Szybko zapominam o wszystkim, co przed chwilą zaprzątało moje myśli. Zajęcia z TiM gier i zabaw sportowych. Ciągle niezły ubaw. Jestem trochę zakręcona, więc wciąż się w czymś mylę i największy ubaw jest ze mnie. Jestem w centrum uwagi, ale nie przeszkadza mi to, bo przynajmniej jest zabawnie. Potem Anatomia. Wykładowca przynudza, a ja uczę się do kartkówki, która ma być pod koniec zajęć. Nie umiem nic, ale mam nadzieję się trochę nauczyć w czasie trwania wywodu Profesora. Na kartkówce pytania w miarę łatwe. Kolega przepisuje ode mnie na czas, a ja piszę, jak nakręcona. Ciekawe, czy chociaż na temat. Wydaje mi się, że pytania mi podeszły. Następnie lecę na Podstawy fizjologii i biochemii, ale zanim docieram do sali spotykam Kumpelę, od której dowiaduję się, że o 16:30 (czyli od tego momentu za półtorej godziny) mamy kolokwium z Podstaw fizjologii i biochemii. No i świetnie! Coś mi mówiło, że ten dzień przyniesie ze sobą wiele niespodziewanych wydarzeń! Co jeszcze może mnie spotkać? Biorę od tej Kumpeli notatki, z których się uczyła na zbliżające się koło i idę do ksero. Spóźniam się oczywiście na zajęcia z Podstaw... i znowu jestem w centrum uwagi i jest ze mnie ubaw. Wykładowca za wszelką cenę stara się być zabawny. No cóż... Tym razem nawet Mu się udało. Dobrze, że przynajmniej żartuje ze mnie w miły sposób, a nie złośliwy. Siadam. Czytam notatki i nie kumam nic z tego, co czytam. Wyrzyna mi się ząb mądrości i nie potrafię skupić się na niczym, co akuratnie robię. Czuję się, jak ząbkujący szczeniak. Do tego gadanie Wykładowcy wcale nie pomaga mi rozumieniu sajgonek na kartce przede mną. Przebrnięcie przez jedno zdanie zajmuje mi jakieś pięć minut. Zajęcia się kończą, więc idę pod salę, gdzie zaraz będę się pocić nad arkuszem egazminacyjnym. Nie zdążyłam przeczytać nawet połowy notatek, które kserowałam, nie mówiąc już o nauce. Szkoda, że nie uczyłam się na ten przedmiot na bierząco... A co?! Miałam robić wyjątek akurat dla tego przedmiotu? Przecież żadnego nie uczę się na bierząco! Hm... Chyba powinnam zmienić system... Dostaję ostatnią ławkę. Egzaminujący strasznie zakręcony. Brakuje Mu arkuszy dla części zdających, więc żegna się z kilkoma osobami - niestety/na szczęście dla mnie nie zabrakło. Okazuje się, że pytania całkiem proste, do tego pełna konsultacja z Chłopakami siedzącymi przede mną. Wymieniamy się ściągami, a dokładnie Oni dzielą się swoimi ze mną, bo ja jak zwykle nie mam żadnych, a teraz tym bardziej (nie wiedziałam, że jest egz.). Wszystko napisane. Zobaczymy z jakim efektem. Wracam do domu. Dopadam drzwi frontowych i szuflady z tabletkami. Znajduję ostatnią tabletkę Apap'u Extra i łykam na pusty żołądek. Strasznie bolą mnie te zęby, a teraz to pewnie zacznie boleć mnie brzuch... Po tabletce przechodzi... Och... Jaka ulga! Mam chwilkę, żeby zajrzeć do Was, więc zaglądam i piszę tę notkę. Zaraz uciekam na tenisa z Siostrą, potem siłownia i sauna. Po powrocie do późna będę się uczyć na jutrzejsze koło z Biochemii i prawdopodobnie na Anatomię. W prawdzie nie mam nic obowiązkowego - jeśli chodzi o Anatomię - ale akurat są konsultacje, a ja mam jedną kartkówkę zaległą i wolałabym mieć ją już za sobą. Trzeba też zajrzeć podręcznika z TiM pływania. Może udałoby się jeszcze napisać jakiś konspekt z TiM piłki nożnej lub na zajęcia z TiM gier i zabaw sportowych? Oj! Chyba jestem zbyt dużą optymistką! Na szczęście nie jest to aż tak pilne, choć wolałabym teraz zrobić, jak najwięcej, by później było tego mniej.
Dzień stresujący, ale w ostatecznym rozrachunku pozytywny!
Z jedzeniem całkiem dobrze. Nie byłam dziś głodna, ale nie to było powodem mojego niejedzenia. Po prostu nie miałam czasu. Do żoładka trafiło jabłko, które zjadłam na dwie raty i to w sumie wszystko. Marzę o tym, by mój żołądek już się skurczył! Kurcze! A jak ma się on skurczyć, skoro okresy posuchy przeplatam z obżarstwem? Hm... Może tym razem będzie inaczej. Póki, co zaczęło się pozytywnie.
Wczoraj wpadłam przypadkiem na artykuł o pescowegetarianach. Wyszło na to, że jestem jedną z nich. Pescowegetarianizm to odłam wegetarianizmu, który nie uznaje mięsa, ale dopuszcza jedzenie jajek, nabiału i mleka. Ja jeszcze to mleko odrzucam, a cała reszta się zgadza. Mięsa po prostu nie lubię. Może zjadłabym jeszcze ugotowanego kurczaka, ale naprawdę nie bardzo mnie do tego ciągnie i raczej unikam, jak mogę. Jeśli już ktoś mnie zmusi do zjedzenia mięsa to będę tak długo obkrawała go z tłuszczu, który ja widzę, a inni nie (jacyś dziwni), że w końcu nic z tego kawałka nie zostanie.
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
sdfsdfsfr
15:54
Siedzę w naszym uczelnianym Pokoju Nauki i... Cóż... Wcale się nie uczę, jakby mogła na to wskazywać nazwa. Pierwotnie z takim zamiarem tu przyszłam. Pisanie referatu to był mój cel, ale włączyłam internet i moje plany spłonęły na panewce. =]
Dziś znowu pisałam Biochemię (poprawka z koła sprzed tygodnia). Pytania były identyczne, nawet tą samą grupę miałam, a wiedzy... Hmm... Jakby mniej. Trudno! Zobaczymy najpóźniej w czwartek czy znowu oblałam, czy tym razem się udało. Miałam dziś też zajęcia z TiM pływania. Uczyliśmy się skakać na główkę. Pierwszy raz skakałam ze słupka. Wskoczyłam, zrobiłam wszystkie ruchy, jakie robi się po nawrocie w stylu klasycznym i od razu po wynurzeniu odwracam się do Profesorki, by usłyszeć, ile błędów zrobiłam (już nawet nie pytam, jakie bo samo wymienianie ich zajmie wieki), a tu co słyszę? Swietnie! Nic dodać, nic ująć. Najlepszy skok dotychczas. A muszę przyznać, że Chłopaki wymiatali ze skokami, a to właśnie mnie przypadły największe pochwały. Aż sama nie mogę w to uwierzyć. Kocham basen! Od dziś! Od teraz! Zawsze lubiłam pływać, ale wiecie, jak to jest, kiedy się coś robi i ma się wrażenie, że robi się to źle? Czułam, że tylko pogłębiam swoje braki. Nie mogłam w pełni czerpać przyjemności z pływania, a teraz będę trenować z myślą, że szlifuję swoje już dobre umiejętności.
Słoneczko wychodzi za oknem. Robi się coraz ładniej. Aż nie chce siedzieć się w tych murach, ale co zrobić? Obecność obowiązkowa... Na szczęście jeszcze jutro i w sumie laba. Piłka nożna w czwartek to mój jedyny przedmiot i odbywa się na dworze, więc już naciesze się słoneczkiem. Poza tym, co to jest - bieganie za piłką? Czy to można uznać za lekcje? Jak byłam mała to dla przyjemności biegałam za wszystkim, co się ruszało i nikt nie musiał mnie do tego specjalnie namawiać. W piątek jeszcze mam konsultacje z TiM gimnastyki i raczej jeśli chcę zdać ten przedmiot to muszę iść trochę się podszkolić albo chociaż pokazać, że mi zależy. Najgorsze są dni od poniedziałku do środy włącznie. Wtedy mam dużo zajęć i są to naprawdę męczące dni, ale za to potem mam luz i dłuższy weekend. A w weekend podobno pogoda ma być najładniejsza. ;)
Jeśli chodzi o jedzenie to narazie w miarę spoko. Zjadłam kromkę ciemnego chleba, jabłko i wypiłam kefir. Do tego trzy kawy, a jest dopiero 16. Chyba zaraz kupię sobie kolejną! Mmmmmm... Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką tu mamy pyszną kawusie! I to z automatu!
Pod wczorajszą notką jest komentarz, w którym pewna osoba próbuje mnie nawracać. Zabawne to i żałosne jednocześnie. Wiem, co robię. Panuję nad tym. Nawet jeśli tylko tak mi się wydaję to moja sprawa. Zastanawiam się tylko, czy to profesjonalistka, była anorektyczka, czy może jakiś żółtodziub, który nie zna sprawy i nie wie, o czym mówi. Zostawiła adres mailowy, więc napisałam. Szczerze mówiąc bardziej mnie nakręciła do dalszego odchudzania, niż od niego odwiodła. I tak dla Jej wiadomości (o ile w ogóle to przeczyta) - Nie zamierzam być chora, nie dążę do anoreksji. Pragnę być szczupła i swój cel osiągnę, a nikomu nic do tego. Uważam, że mam jeszcze na tyle świeży i świadomy umysł, że potrafię ocenić, na ile w to wdepnęłam. Na podstawie tej wiedzy, oceniam, że pomoc nie jest mi potrzebna (przynajmniej na tą chwilę) i wcale tej pomocy nie chcę. Będę chciała to się sama zgłoszę do jakiejś poradni. Nie szukaj, więc we mnie jelenia, którego mogłabyś uzdrowić. Lepiej się zajmij własnymi problemami, bo zapewne je masz - jak każdy. No! To by było na tyle! Od razu mi ulżyło. ;) Trzymajcie się moje Kruszynki!
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
fsdfsdfsd
10:54
Znowu zwlekłam się z łóżka dość późno, ale usprawiedliwiam się tym, że dziś była zmiana czasu na letni... Hmm... A gdzie to ciepło? Podobno od jutra ma być ładnie, ale tego typu zapowiedzi słyszałam już mnóstwo i jakoś żadna się jeszcze nie sprawdziła.
Jeszcze 12 dni do Wielkanocy i 89 dni do wakacji. Już odliczam z niecierpliwością. Te wakacje wykorzystam w stu procentach, najlepiej, jak potrafię. Nie będę niczego żałować, a już na pewno nie tego, że zmarnowałam którąś z wolnych chwil. Aj.. Rozmarzyłam się. Czas wrócić do rzeczywistości.
Dziś zagadał do mnie Chłopak, który zarzekał się, iż nigdy więcej się do mnie nie odezwie. Pisał, że mnie nienawidzi, że jestem okrutna względem Niego. Tak... Byłam okrutna, ale miałam swoje powody. Po pierwsze po Bożemu do Niego nic nie docierało. Po drugie marzyłam o tym, żeby się wreszcie ode mnie odczepił. Po trzecie nikt nie działa mi bardziej na nerwy niż On. Uwierzyłybyście, że kiedyś musiałam posunąć się w swojej desperacji do całowania dziewczyny na Jego oczach, by przyjął do wiadomości, że jestem les (oczywiście w rzeczywistości wcale nie jestem - to była tylko wersja dla Niego). Po incydencie zapytałam Go, czy wreszcie mi wierzy, że nic z tego nie będzie, a On bezczelnie spojrzał mi w oczy i oznajmił, iż teraz wierzy jeszcze bardziej, bo wiara czyni cuda i Jemu się uda "skierować mnie na dobre tory". Psychopata! Miałam już szczerze dość Jego huśtawek nastroju. Raz byłam cudowna, a raz okropna. Sądziłam, że po ostatniej kłótni zapomni o mnie na dobre, ale widać znowu rzucał słowa na wiatr. Boszz... Czemu są na ziemii tak dziwni ludzie? Czego On oczekuje? Nie widzi tego, że robi z siebie błazna i jednocześnie zamęcza mnie?!
Wczoraj oglądałam nowe zdjęcia motylków. Znalazłam kilka naprawdę ślicznych. Niesamowicie mnie zmotywowały. Piękno jest wtedy, gdy nie ma niczego zbędnego - świetny cytat. Usłyszałam go w filmie i choć był o wojnie to wydaje mi się, że świetnie oddaje to do czego dążymy my.
13:54
Przejrzałam gazetę z programem telewizyjnym i aż mnie zatkało. Nie wiedziałam, że znajdę tyle programów o odchudzaniu albo chociaż związanych z odchudzaniem. Zamieszczam Wam tu wszystkie pozycje, które odkryłam, aż do czwartku, bo do wtedy jest aktualna gazeta. Więc tak:
29/03/09
19:10 Top Model - edycja brytyjska 2 [FoxLife]
21:00 Puszyści kontra szczupli (2) [BBC Lifestyle]
23:00 Obsesja odchudzania - cała prawda [Zone Club]
30/03/09
06:30 America's Next Top Model 3 (8) [FoxLife]
09:20 Precz z fast food'em (9) [BBC Lifestyle]
12:00 Jem i chudnę (7) [Polsat Cafe]
12:15 Floryda: walka o wagę (7,8) [BBC Lifestyle]
16:00 Precz z fast food'em (9) [BBC Lifestyle]
19:00 Floryda: walka o wagę (7,8) [BBC Lifestyle]
21:00 America's Next Top Model 3 (8) [FoxLife]
21:00 Jedzenioholicy (5) [Zone Club]
22:50 Precz z fast food'em (9) [BBC Lifestyle]
31/03/09
06:30 America's Next Top Model 3 (9) [FoxLife]
09:20 Precz z fast food'em (10) [BBC Lifestyle]
09:55 America's Next Top Model 3 (10) [FoxLife]
12:15 Pokaż mi, co jesz... 2 (9,10) [BBC Lifestyle]
14:00 Dietetycy na szpilkach (5) [Zone Club]
16:00 Jedzenioholicy (5) [Zone Club]
16:00 Precz z fast food'em (10) [BBC Lifestyle]
19:00 Pokaż mi, co jesz... 2 (9,10) [BBC Lifestyle]
22:50 Precz z fast food'em (10) [BBC Lifestyle]
01/04/09
06:30 America's Next Top Model 3 (10) [FoxLife]
09:55 America's Next Top Model 3 (11) [FoxLife]
10:00 Dietetycy na szpilkach (5) [Zone Club]
12:15 Maniacy jedzenia (1) [BBC Lifestyle]
19:00 Rozmiar w dół [TVN Style]
19:00 Maniacy jedzenia (1) [BBC Lifestyle]
21:00 Jem i chudnę (8) [Polsat Cafe]
00:45 Maniacy jedzenia (1) [BBC Lifestyle]
02/04/09
06:30 America's Next Top Model 3 (11) [FoxLife]
09:55 America's Next Top Model 3 (12) [FoxLife]
18:00 Jem i chudnę (8) [Polsat Cafe]
Trochę tego dużo, ale głównie powtórki... Ja i tak obejrzę może 2-3 programy z tych, co wymieniłam, bo nie będę mieć czasu albo będę w szkole, albo jeszcze jakiś inny powód się znajdzie. Najbardziej bym chciała obejrzeć ten na Zone Club - Obsesja odchudzania, ale 23 to godzina, kiedy wracamy z basenu i Rodzice siadają przed TV, dlatego mogę zapomnieć. Szkoda, że nie ma powtórek... Może będzie za tydzień? :D
A to dzisiejsza rozmowa z moim Prześladowcą mam nadzieję, że już ostatnia:
Ja: Powiedz mi czego znowu ode mnie chcesz? Przecież już mi powiedziałeś, że mnie nienawidzisz, że to koniec itp. No to bądź chociaż konsekwentny w tym, co mówisz!
P.: Nawet nie mogę się spytać, co słychać u Ciebie?
Ja: Nie! Znam już te Twoje humory. Osoby, które się kłócą i mają siebie dość, żegnają się (jak to mi pisałeś juz na zawsze) nie pytaj się potem, co u nich słychać!
P.: To dobrze mnie znasz...
Ja: Mam się zabić, żebyś o mnie zapomniał?
P.: Nieee
Ja: No to kamień z serca!
P.: Chyba nie
Ja: Co nie?
P.: Chyba nie kamień z serca, bo nigdy o Tobie nie zapomnę!
Ja: To, co mam zrobić byś chociaż dał mi spokój?
P.: Nic nie rób
Ja: A Ty dalej będziesz mnie tak nagabywał od czasu do czasu?
P.: Nie wiem, ale zawsze będę pamiętał o Tobie
Ja: No to sobie pamiętaj, ale daj mi zapomniec o sobie! Daj mi wreszcie spokój, bo jeśli ktoś mi jest potrzebny to kumpel, a nie kumpel z przypadku, jak Go najdzie taka ochota!
P.: Ok :(
Ja: Nie strzelaj mi tu smutnymi minkami, bo sam sobie na to zasluzyłeś. Gdybyś nie był taki himeryczny to moze wszystko ułożyłoby się inaczej!
P.: Moja wina
Ja: Twoja wina - Twoj problem i mnie w to nie mieszaj. Już i tak wystarczajaco dużo namieszałeż w moim życiu!
P.: Uuuu... Groźnie!
Ja: Ja pierdole! Ta gadka do niczego nie prowadzi!
P.: Dobra... Przepraszam
Ja: Idź sobie! Nie pisz do mnie więcej! Skasuj ten numer i wszystkie inne, żeby Cię już nie kusiło!
Mam nadzieję, że dziś starsznie Was nie zanudzam. Nie musicie tego czytać, ale ja po prostu musiałam się wygadać. Wyrzucić to z siebie. Tym wytrwałym Motylkom, które dobrną do końca tej notki, z całego serduszka dziękuję!
Sayuri
skomentuj (0) moje kochane:*
|10| 20 lutego 2009, piątek
11:01
Ach piątek! Weekendu początek! =]
Wczorajsza głodówka przebiegła bez większych zakłóceń, choć muszę się przyznać, że były momenty, kiedy miałam ogromną ochote olać ten post i rzucić się na te wszystkie pączki, naleśniki z puddingiem i sałatkę warzywną. Jednak bez obaw! Opanowałam się. To dzięki Motylkom, które wczoraj ze mną pościły. Swiadomość, że musiałabym się przed Nimi przyznać do tego, że poległam, że mogłabym je zawieść, była najwspanialszą i najsilniejszą motywacją, jaką mogłabym sobie zażyczyć. Dziękuje Wam, moje Słonka! :* Tak, więc wczoraj nic poza 3 gumami do żucia, litrami wody, zielonej herbaty i odrobiną gorzkiej kawy. 41 godzin głodówki uważam za zakończone SUKCESEM!
Wy widziałyście, co się dzieje za oknem? M-a-s-a-k-r-a! Spóźniłam się na zajęcia 20 minut i w sumie żałuję, że w ogóle zwlekałam się z łóżka, bo totalnie nic ciekawego nie było. Jedyne, co wyniosłam z tej lekcji to to, że mol słoni waży więcej niż mol mrówek. :/
Wieczorem idę na spotkanie z Przyjaciółkami przez co, ominie mnie kolacja. Nie jestem tym specjalnie zmartwiona, choć chciałam już zacząć jeść mało, a regularnie. No trudno! Najważniejsze, że małe jedzenie zastąpię niejedzeniem, a nie obżarstwem, bo kto wie, co by się wydarzyło, gdybym siedziała cały wieczór w domu.
Teraz uciekam na rowerek i sprzątać. Naskrobię coś jutro. A teraz życzę Wam superowego weekendu! :*
Sayuri
skomentuj (29) moje kochane:*
|9| 19 lutego 2009, czwartek Chudy Czwartek
10:01
Wstałam przed chwilą tak, by Mamy nie obudzić i by tylko wstać trochę przed Nią. Dzięki temu nie muszę jeść śniadania, lunch i obiad też odpadną, bo nikogo w domu nie będzie, a w czasie kolacji trochę się pokręcę w kuchni, niby że robię sobie coś do jedzenia, a Tato nic nie zauważy. Jak zwykle zresztą.
Ależ mnie wszystko boli! Cała obręcz barkowa i ramiona. Myślałam, że nie już się nie zwlekę z wyra. I pomyśleć, że to tak działają zajęcia z TiM gimnastyki na zdrowego, wysportowanego człowieka. Od teraz będzie już tak, co tydzień - jak w tamtym semestrze, kiedy była gimnastyka. Chodziłam przez pół tygodnia obolała, a jak trochę przechodziło, to nadchodziła nowa lekcja i od nowa. Przynajmniej czuję, że żyje. =]
Waga podskoczyła o 30 deko. :/ Nie dobrze... Ale czego ja się spodziewałam po tym, co zrobiłam wczoraj?! Liczyłam, że 1200 spalonych kalorii na rowerku, mnóstwo zielonej herbaty, niejedzenie do końca dnia i 10 Senefoli załatwi sprawę. Widocznie się myliłam... Chociaż może po części załatwiły sprawę, bo waga w końcu nie wzrosła o 2 kilo, a przecież mogła! Szkoda tylko tych kilku wcześniejszych dni, no ale trudno. Zepsułam to muszę naprawić. Dlatego między innymi dziś jest u mnie głodówka. Nic prócz wody, zielonej i czerwonej herbaty oraz gorzkiej kawy nie jest dozwolone. Przyłączyły się do mnie Butterfly, Lien i Kakaowa, i niech Je Bóg błogosławi za to. =] Nie wiem, czy sama dałaby radę, bo już wczoraj pod wieczór (jeszcze przed filmem), kiedy wróciło mi uczucie głodu, zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie zrobić dznia marchewkowego, ale doszłam do wniosku, że marchewki mogę wcinać do końca swojego życia, a dziś jest Chudy Czwartek i trzeba szanować tradycję! :) Może jeszcze któraś się przyłączy do głodówki? A jeśli nie to pamiętajcie, że pączki są złem! Paskudnym, obciekającym tłuszczem, lepiącym się świństwem! Blee...!
Kilka Motylków już mnie o to pytało, więc odpowiadam: Tak, oglądałam wczoraj Kiedy przyjaźń zabija. Moment, kiedy przyjaciółka Lexi wpada pod samochów, już kiedyś widziałam, ale całej reszty kompletnie nie pamiętam, a przecież taki film, bym na pewno pamiętała. W końcu nie od wczoraj mam ED. Ja się chyba z tym urodziłam... Sama nie wiem, czy śmiać się, czy płakać... Czasami jestem wściekła na siebie, że jestem taka, a nie inna. Irytuje mnie, że nie potrafię żyć, jak inni. Mam wrażenie, że ja się nie żyję i przy okazji się odchudzam, ale odchudzam się i przy okazji żyje. Jakby odchudzanie stało się celem, a życie jedynie środkiem do jego osiągnięcia. Wszystko jest na drugim planie. Szkoła, Przyjaciele, obowiązki stały się czymś mniej ważnym, a czasami jedynie narzędziem pomocnym przy schudnięciu, jak na przykład ćwiczenia w szkole. Ale nieważne! Nie o tym pisałam tylko o filmie. Tak, więc film bardzo mi się podobał. Siedziałam wpatrzona w ekran i po jakimś czasie takiego bezruchu, orientowałam się, że mam rozdziabione usta, jak karp. Jeszcze tylko ślina zaczęłaby mi ściekać i wyglądałabym, jak down. Film świetny, ale też przerażający. Ja chcę być chuda, ale nigdy nie chcę doprowadzić siebie do takiego stanu. Nie mogłabym zrobić tego swoim Rodzicom. Pewnie dlatego, że strasznie Ich kocham, ale jest też inny powód. Ja się po prostu wstydzę. Mam wrażenie, że to, co robię, jest tylko oznakiem mojej pychy i zadufania w sobie, ale ja nie potrafie inaczej. Obchodzą mnie inni ludzie. Jeśli mogę coś dla nich zrobić to zapominam nawet o sobie i rzucam się na pomoc. Jednak to nie zmienia faktu do czego doporowadziła mnie Ana. Większość z Was przeżyła coś strasznego, jakieś wydarzenie zaważyło na tym, co się teraz w Was dzieje. Ja mam teoretycznie idealne życie (bo tak całkiem idealnego to chyba nie ma nikt) i co? Robie to, co Wy. Tylko, że w Waszym wypadku jest to usprawiedliwione. Nie jest to postrzegane, jako pycha, czy też zapatrzenie w siebie. A u mnie? Co mam na swoją obronę? To nie jest deklaracja kapitulacji! To nie jest oświadczenie, że rezygnuję. Nigdy tak owego nie przeczytacie, przynajmniej ode mnie. Po prostu czasami kołaczą mi się po głowie właśnie takie myśli, ale nie potrafię się zmienić tylko dlatego, że one się pojawiły. Gdyby tak było, wraz z myślą, że chcę być idealna, stałabym się taka. W praktyce nie jest to takie proste... O wszystko trzeba walczyć. Wszystko trzeba zdobywać... Nie wystarczy chcieć...
Wczoraj przy filmie Tato ciągle rzucał głupie komentarze. Bolały mnie... On nic nie rozumie. Nie rozumie, że nie można tak po prostu zacząć jeść. Dla Lexi zjedzenie kawałka czegoś tam, było jak zjedzenie pająka dla normalnej osoby. Powiedziałam Mu to. Wreszcie zamilkł. Pewnie nadal nie rozumie, ale przynajmniej już się nie pogrąża, okazując swoje ograniczenie i brak tolerancji. Na początku filmu wykrzykną: Eeee... To ten film o anorektyczka..! Wyczułam w tym ironię. To znaczy nie do mnie, ale ogólnie taką niechęć do tego typu spraw. Ja powiedziałam tylko: Taaaaaak? A oglądałeś już? Ty oglądałeś już wszystkie filmy. Ja go nie widziałam! Więc oglądaliśmy. Nie zauważyłam, że się nagrywało (zawsze nagrywamy Mamie na video Barwy sczęścia i M jak miłość) i przez to Mama prawdopodobnie również wczoraj po powrocie obejrzała ten film. Psia krew! A już się cieszyłam, że sama go obejrzę, bo Ojciec koło 20 zrobił mi nadzieję, że idzie spać, bo jest zmęczony i co zrobi? Usadowił się w fotelu i nie ruszył na krok, aż do północy. :/ Katastrofa... Przez to nie mogłam odpowiednio przeżywać film i wczuć się w niego. Musiałam, co jakiś czas się dziwić, czemu Lexi robi tak, a nie inaczej albo wyrażać współczucie dla Jej Matki. Eh...
A właśnie! Wczoraj męczyły mnie myśli, czy taki jednorazowy napad może rozepchać skurczony już żoładek? Bo wczoraj, jak to wszystko zjadłam to czułam się, jakby połknęła arbuza. Straszny ból i nie przechodził chyba przez pięć godzin. Dopiero w trakcie jazdy na rowerze trochę mi ulżyło. Wzięłam wczoraj 10 Senefoli, żeby się tego wszystkiego pozbyć i co? Nic! Totalnie nic! To znaczy byłam dwa razy w toalecie, ale to nie przez Senefol, tylko przez to obżarstwo. Od 4 dni nie odwiedzałam wc, więc to, co zjadłam, chnęło to, co we mnie zalegało. Czyżby to znaczyło, że strasznie mało jadłam (bzdura), czy może to, że już całkiem rozregulowałam sobie jelita?
Poważnie rozważam zażycie Tussi i chcę prosić Was o dokładne informacje. Nie piszcie już komentarze, które będą miały na celu odwieść mnie od tego pomysłu. Pomysł już dawno zmienił się w stanowcze postanowienie i Te, które są tu stałymi gośćmi, dobrze o tym wiedzą. Napiszcie mi, ile bierzecie, żeby zadziałało, ile brałyście na początku, jak się po tym czujecie i czym popijacie. Wszystko bardzo dokładnie chcę wiedzieć. Tak sobie ostatnio myślałam, że gdyby Rodzice znaleźli te wszystkie fioleczki z Senefolu, L-Karnityny, Tussipectu... Chyba by mnie zabili. Od razu by się zorientowali, o co camam. Do tego te kłamstwa, że to dla kolegów i koleżanek... Załosne, ale skuteczne... Póki nikt nic nie odkryje!
Wczoraj skończyłam Chudą i teraz czytam Twoja dieta. Fajna książka, ale jak dla mnie trochę za długie wprowadzenie. Jestem w trakcie czytania i jak się będę dowiadywać, czegoś ciekawego to od razu się z Wami tym podzielę. Wczoraj przeczytałam tylko, że narkomani biorący kokainę i amfe nie mają apetytu, a z kolei ludzie palący marihuanę mają wzmożony apetyt. Przeczytałam też, że jakiś antydepresant na S.. (nie pamiętam nazwy) powoduje, że się chudnie, a inne z kolei, że się tyje. Jutro napisze, co to za polepszacz humoru. Czytałam tez, że w przyszłości, chcą wykorzystać te właściwości kokainy i amfetaminy w walce z otyłością, oczywiście niwelując skutki uboczne.
Dobra kończe, bo nigdy tego nie przeczytacie! Pamiętajcie! Pączki są niejadalne!
11:38
Senefol zaczął działać! Wreszcie!!! Ile można czekać... Wzięłam wczoraj o 14.00, więc już najwyższy czas!
Mama powiedziała, że robi dziś naleśniki i zapytała, co ja o tym myślę. Odpowiedziałam krótko, zwięźle i na temat (jak zwykle w tym temacie:P): Rób co chcesz, mnie to i tak nie dotyczy. Ostatnio gadałyśmy o tym, że jak będę cały dzień na Uczelni i będę miała takie duże przerwy to będę musiała jeść na mieście. Wypsnęło mi się rozpaczliwe zdanie: Będę, więc jadła same jabłka. Mama się skrzywiła i powiedziała, że przecież mogę iść do jakiejś knajpki i zamówić na przykład naleśnika. Nie opanowałam się znowu i wykrzyczałam, że nie zjem nic, czego sama sobie nie przygotuje. Och... Ja głupia! Taka nieuwaga... :( Usłyszałam tylko w odpowiedzi, że chyba trochę przesadzam! Mam nadzieję, że szybko zapomni tą rozmowę!
12:01
Mama właśnie oświadczyła z uśmiechem od ucha do ucha, że dzwonił Tata i powiedział, że ma dla mnie siedem pączków! Powiedziałam tylko: Bardzo śmieszne!, a w myśli: Choćbyście mi je wciskali rurką to i tak nie przełknę ani jednego! I przysięgam Wam, że nic, totalnie nic nie wyląduje dziś w moim żoładku! Jeśli będę zmuszona wziąć pączka, to wyląduje on w kiblu. Przysłużę się tym jedynie społeczeństwu już i tak nadmiernie otyłemu! Choć najchętniej to nie dotykałabym się w ogóle tego świństwa!
P.S. Justylka... Kocham i dziękuje! :*
Sayuri
skomentuj (21) moje kochane:*
|8| 18 lutego 2009, środa
15:14
No i zjadłam za dużo... A już zaczynałam się czuć pewnie. Zaczynałam czuć, że wszystko idzie idealnie... Może, aż za idealnie? A może było jedynie dobrze? Nie wiem... Nieważne! Faktem jest, że dziś zawaliłam. Jedyne pocieszenie jest takie, że nie zjadłam tyle, ile kiedyś byłabym w stanie i nie poddaje się. Gdybym była dawną mną prawdopodobnie już po pierwszym kęsie czegoś nieplanowanego, olałabym wszystko i poszłabym opróżnić zawartość lodówki. Potem byłoby siedzenie przed TV, obiadanie się i łykanie całych paczek Senefolu, a nastęnego dnia opuszczenie zajęć w szkole. Teraz będzie inaczej. Po pierwsze żadnego siedzenia przed TV tylko ćwiczenia na rowerze. Po drugie żadnego dodatkowego żarcia - na dziś i na jutro wystarczy mi to, co pochłonęłam. Po trzecie jutro idę normalnie na zajęcia i nie ma zmiłuj się! Jedyne, co się nie zmienia to łykanie Senefolu. No, ale w końcu właśnie na takie okazje go kupiłam! Do wieczora będę pić zielone herbatki i niczego poza krawędzią kubka i szczoteczką do zębów nie wezmę do ust.
Jestem w trakcie czytania Chudej. Bardzo mi się podoba, choć raczej moja sytuacja nie ma nic wspólnego z obrazem przedstawianym przez autorkę. Może jedynie to, że obie się odchudzamy, a właściwie, że ona się odchudzała, a ja robie to nadal.
Wczoraj byłam na pierwszych zajęciach z Podstaw treningu zdrowotnego. Koleś jest powiedział nam, że będziemy się głównie uczyć o tym, jak się skutecznie odchudzać poprzez dietę i ćwiczenia. Zajebioza! Strasznie się ucieszyłam, że wybrałam właśnie te, a nie inne zajęcia.
Dziś na Teorii i metodyki gimnastyce były ćwiczenia na przyrządach i ostro się zmęczyliśmy. Kazali nam ćwiczyć na równoważni, robić wymyki i odmyki na drążku, robić przerzuty na kółkach zwieszonych na linie z sufitu, skakać przez skrzynie i kozła, podciągać się na poręczach niesymetrycznych i robić jakieś dziwne akrobacje na koniu. Po zajęciach ramiona strasznie mi zdrętwiały. Myślałam, że już zostaną tak wyciągnięte do góry. Ostro się zmachałam, ale było super. Pierwsze zajęcia z gimnastyki, które mi się podobały. Już sobie myślałam, że jak tak będziemy ćwiczyć raz, dwa razy w tygodniu to wyjdę z tych zajęć twarda, jak skała, z pięknie wyrzeźbionym ciałem i co? Do czego zmotywowały mnie te myśli? Jedynie do obżarstwa. Teraz brzuch mi pęka w szwach, ale nie zamierzam tego tak zostawić. Uciekam ćwiczyć. A wieczorem brzuszki przed TV, bo dzisiaj leci Kiedy przyjaźń zabija. Mówiłam Wam o tym filmie, pamiętacie? W każdym razie zainteresowanym przypominam.
Wiecie, co jest jutro...? :/ Tłuścioch! Paskudny, obrzydliwy tłusty czwartek! Nie wiem kto nazwał tak ten dzień, ale to okropna nazwa. Z czym dobrym może kojarzy się słowo tłusty?! Podobno, jak się nie zje jutro chociaż jednego pączka to reszta roku przepłynie w niedostatku. A jakim niedostatku? Jedzeniowym? W takim razie ja jutro robię głodówkę! Zresztą musi być jakaś kara za tą pobłażliwość dziś. - Nigdy więcej nie będziemy tolerować takiego zachowania! Czy to zrozumiane Sayuri? - Tak jest Małpo! - (Wiecie, o co chodzi.) =]
Jutro ważenie... :/ Nie czuję się z tym najlepiej. Mam wrażenie, że waga nieziemsko wzrosła przez tą wpadkę! A właśnie dziś miałam trochę bardziej się postarać, by waga właśnie była jeszcze niższa... Eh... Co za życie! Modlę się, żeby spadło chociaż 10 deko, a jeśli nie to niech chociaż stoi w miejscu. Byle nie do góry! Jak zobaczę więcej niż 50.2 kilo to będzie tragedia! To byłoby strasznie niesprawiedliwe. Jedna godzina "rozpusty" zepsułaby całe efekty pracy trzech albo i więcej dni. Ale jeśli tak się stanie - to znaczy zobaczę wyższą wagę - to może czegoś mnie to nauczy. Będę miała za swoje!
Sayuri
skomentuj (21) moje kochane:*
|7| 16 lutego 2009, poniedziałek
16:03
Na początku muszę Was kochane bardzo przeprosić! Wiem! Miały być brzuszki i nie było, a przynajmniej nie tyle, ile powinno. Wciąż jestem w plecy z robieniem, ale obiecuję, że wszystko odpracuję. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że ten wirus, którego złapałam, okazał się wyjątkowo złośliwy. Dalej we mnie siedzi i nasila obiawy choroby. :/ Dlatego jeżdzę na rowerku, bo to jeszcze potrafię, ale jeśli mam się schylić... Oj! To już gorzej.
Dziś pierwszy dzień w szkole - bardzo udany. Biochemia zapowiada się interesująco! :] Zaraz pędzę trochę pozakuwać te wszystkie wzory schematyczne, bo potem nie dam razy się ich nauczyć. Powiem Wam szczerze, że nawet z uśmiechem na twarzy myślę o tym przedmiocie. Może i jest, a dokładniej będzie tego dużo, ale ja lubie chemie. To mój konik - żebym tylko nie wypaplała. Jak dzisiaj siedziałam na lekcji to przeszła mi taka myśl przez głowę, że mogę sobie zaliczać inne przedmioty tak byle tylko zaliczyć, ale z Biochemii muszę być najlepsza i koniec, kropka! Podobno całkiem przypadkowo wybrałam sobie trzy prawie identyczne przedmioty związane z biochemią, więc będę obryta, jak nie wiem co! Może i to najtrudniejszy przedmiot, ale mnie to nie przeraża. Wiem, że z reguły ludzie nie lubią chemii, więc jest dla nich trudna i niezrozumiała, ale ja w razie czego mam zawsze wsparcie w postaci Tatusia - wykładowcy na Farmacji, Mamusi - właścicielki apteki i Siostruni - świeżo upieczonej absolwentki Farmacji. I jak w takiej Rodzinie można nie lubić chemii? Ja nie wiem, ale moja Sis z pewnością, by Wam powiedziała, bo tak, jak ze wszystkiego miała w liceum szóstki, tak z chemii było trzy. Na Farmacje poszła tylko ze względu na Rodziców i aptekę. Dała sobie świetnie rade, bo po prostu jest pracowita, sumienna i wytrwała. Ja taka nie jestem... Niestety... :/ Rodzice ciągle mi powtarzają, że jestem bystrza od D. (mojej Sis) i gdybym chciała to mogłabym osiągnąć, co tylko zechcę. Co z tego, że mam jaśniejszy umysł, skoro brak mi tej pracowistości? Talent nic nie znaczy, jeśli nie jest poparty ćwiczeniami. Niestety... Ja tak nie umiem. Staram się, jak mogę i tam gdzie mogę, ale nie jestem taka, jak D. Przykro mi! Na szczęście nigdy mi tego nie wypominali!
Na Anatomii Topograficznej nudy, jak nie wiem, ale jakoś przetrwałam i nie narzekam. =] Koleś prowadzący ciągle przewracał oczami, jakby miał zaraz zemdleć i przecierał je, jakby dopiero, co wstał. Do tego mówił strasznie chaotycznie i bez przerwy się powtarzał. Cóż... Wydaje mi się, że zostałam zauważona, bo ciągle mnie obserwował. Dobry początek! A obserwował prawdopodobnie dlatego, że tylko ja Go słuchałam (tzn. stwarzałam takie pozory).
Jutro pierwsze zajęcia z basenu, a mnie już nie będzie. :/ Strasznie chciałam iść i wcale nie dlatego, żeby basen szczególnie mnie kręcił, tylko naprawdę chciałam chodzić na każde zajęcia i ostro wkręcić się w szkolny rytm. Jednak dla moich Rodziców nie ma takiej opcji! Nigdzie nie pójdę z takim katarem! Trochę lipa, ale z drugiej strony, gdybym miała leżeć przez kolejny tydzień w wyrze, straciłabym o wiele więcej... Brrr! Pierwszy semestr zaczynał się identycznie. :/ Najpierw ból gardła, który zaniedbałam, bo sądziłam, że to ze stresu i teraz też tak się zaczęło i o mały włos znowu był przeoczyła pierwsze objawy (sesja - też stres) i znowu leżałabym plackiem w domu przez tydzień.
Dieta idzie całkiem dobrze. W sumie myślę, że wcale nie ja się do tego przyczyniam, a ten wirus. W ogóle nie chce mi się jeść. Wmusiłam w siebie śniadanie, bo to w końcu najważniejszy posiłek dnia. Miałam zjeść dopiero lunch, ale postanowiłam, że właśnie zjem śniadanie, a lunch sobie odpuszczę. Więc od rana jestem na jednej kanapce, herbacie, cukierku Kopiko i teraz piję kawusie. Waga spada, więc jest dobrze. Trochę wolno, jak na mój gust, ale czego się spodziewałam po tym, co ostatnio jadłam. Nie głodziłam się specjalnie, więc trudno liczyć na jakiś spektakularny spadek. Jak będę chudła w takim tempie to wyjdzie jakieś 1.5 kilo na tydzień. Powinnam, więc zdążyć do powrotu Siosty z AU i zejść do 46 kilo. O ile na mojej drodze nie stanie jakaś niewidzialna przeszkoda. =]
Sayuri
skomentuj (30) moje kochane:*
|6| 15 lutego 2009, niedziela
10:29
Przyznam się bez bicia. Nie zrobiłam wczoraj tych brzuszków, których sama byłam pomysłodawcą. Strasznie mi wstyd, gdyż sama to zainicjowałam. To tak, jakby gospodarz zrobił imprezę, zaprosił gości, a sam sobie gdzieś poszedł. Mam jednak nadzieję, że Wam wyszły one na dobre. Nie myślcie, że ja olałam sprawę i nie ćwiczyłam z lenistwa. Nic z tych rzeczy! Dorwał mnie jakiś potworny wirus i męczył mnie wczoraj bardzo mocno. Starałam się dużo ruszać, jeździłam na rowerku, ale na brzuszki nie miałam siły. Głowa mi pękała, jak tylko się schyliłam. Na noc połknęłam wszystko, co było w domu dostępne i dzięki temu dziś czuję się o niebo lepiej. Dlatego też obiecuję, że wszystko nadrobię. Już było 400 brzuszków i do wieczora zrobię kolejne 600, choćby nie wiem co!
Kupiłam wczoraj kawusię, którą polecała Aieczka (Carte Noire). Przepyszna! Od walentynkowego wieczoru nie mogłam się doczekać dzisiejszego poranka, by móc ją wreszcie spróbować, bo wiadomo, że na noc nie chciałam pić.
Dieta idzie dobrze. Wczoraj jedynie zjadłam na kolacje kilka owsianych ciasteczek, a miała być tylko herbata z miodem. Trochę się na siebie powściekałam, ale szybko mi przeszło. Zaraz poszłam na rowerek i spaliłam prawie 600 kalorii, więc myślę, że chociaż po części odkupiłam swoje winy. Zresztą to i tak duży sukces, że kusząc się na tych kilka ciastek, nie pochłonęłam całego opakowania; pączków, których Rodzice ponakupywali masę; puddingów, które nie mieszczą się już w lodówce; orzeszków w czekoladzie, których Tato ma całe półki i wczoraj kupionych przez Mamę ciastek - chyba z dwadzieścia opakowań. =] To wszystko zostawiłam Rodzicom, a sama zadowoliłam się zdrowym ciasteczkiem owsianym, które sama sobie kupiłam. Delektowałam się każdym, jedząc wolniutko i po parunastu minutach poczułam, że choć są bardzo dobre to ja nie zmieszczę ani okruszka więcej. Nie czułam się napchana, a najedzona. To duża różnica! Nauczyłam się dostrzegać ten moment. Kiedyś pewnie jadłabym do oporu. Teraz już tak nie będzie! :]
Z wieczornego basenu nici... :( Mama surowo mi go zakazała, bo uważa, że jestem chora. Byłam rozczarowana, ale w końcu się z Nią zgodziłam. Nie ma sensu z powodu jednego basenu zawalić tygodnia w szkole. Od tego semestru, czyli już od poniedziałku, będę mieć dwa baseny, a nie jeden. W szkole i prywatnie, więc się jeszcze napływam. A dziś w zamian pojeżdzę na rowerku. Właściwie już znikam! Wczoraj nie udało mi się skończyć czytać Murakamiego, więc dziś go kończę i zabieram się za Chudą.
Plan na dziś:
º pojeździć na rowerku i przeczytać Murakamiego i zacząć czytać Chudą;
º posprzątać śwince;
º zrobić 600 brzuszków;
º wydrukować plan zajęć i rozkłady jazdy tramwajów - wkleić do zeszytu;
º spakować się na jutro;
º posklejać książki do biblioteki - tak pilnie się uczyłam, że się rozpadły; =]
º porobić coś z Rodzicami;
º pomóc Mamie w sprzątaniu;
º pozaglądać do Was - to zostawiam sobie na deser.
To chyba tyle. Nic wielkiego, ale ja czuję, że wreszcie sobie odpoczywam. To w końcu coś innego, niż ciągłe siedzenie nad książkami. Nacieszę się jeszcze ostatnimi chwilami wolności, a jutro do szkoły. Na to też się cieszę. Już sama nie wiem czemu, ale to chyba dobrze. Widać coś wprawiło mnie w tak dobry nastrój, że nikt i nic nie jest w stanie tej równowagi zachwiać. Na dworze śnieg, ale w moim sercu stuprocentowa wiosna! :)
Sayuri
skomentuj (24) moje kochane:*
|5| 14 lutego 2009, sobota Walentynki
09:11
Siedzę teraz z gorącą kawką w ręce i buszuję po Waszych stronkach! Tak mi zasmakowała ta wczorajsza słodzona, że dziś piję ze słodzikiem. Już drugą! Nie mam ochoty jeść, a wypić trzecią! Hehe!
Mam tak dobry humorek, że nie wiem co! To pewnie dlatego, że od długiego czasu nie miałam ani jednego dnia wolnego, tak naprawdę wolnego. Wreszcie się doczekałam! Długi czas zapierniczu, a teraz chwila wytchnienia. I choć pewnie minie w mgnieniu oka to cieszę się również z tego. Gdybym przez ostatni tydzień ciągle siedziała w domu i nie miała nauki, to pewnie ta sobota byłaby taka, jak każda. Nie zauważyłabym w niej nic szczególnego, nie czułabym, że muszę każdą jej sekundę wykorzystać, jak najlepiej i pewnie nie byłabym w tak wybornym humorze. Wszystko ma swoje dobre strony! Nawet to, co potencjalnie wydaje się złe. Poza tym sesja zdana, więc czuję dużą ulgę i było tak, jak mi napisał jeden z Motylków (nie pamiętam już, który - wybacz), że poprawki najbardziej zżywają ludzi i to szczera prawda. Wczoraj poznałam pare świetnych osób i ze swoimi też się zbliżyłam. Myślę, że nie będzie w ten weekend żadnej wpadki dietowej, bo nie mam takiego nastroju, który mógłby to spowodować! =] Poza tym, czeka na mnie rowerek, Murakami oraz Płacząca wierzba i śpiąca kobieta, Chuda - co niezmiernie mnie cieszy. Będę miała też trochę czasu i okazji do pogadania z Mamą (wreszcie) i jedziemy też wszyscy na zakupy. Uwielbiam zakupy. Szczególnie takie supermarketowe. Wybieram sobie, wtedy mase zdrowych rzeczy, kremy, gazety, różne herbatki, kawke, a teraz nawet kupię sobie cukierki - bo widzę, że mi pomagają pokonać pokusę na coś słodkiego. Do tego trzeba też kupić zeszyt na nowy semestr, wkleić do niego plan i rozkład jazdy tramwajów oraz wybrać najlepsze długopisy z tych, które leżą w domu. To też cieszy mnie niesamowicie. Potem wypakowywanie! To też kocham! Rozkładać na półki. Rodzice mają mniej roboty i też są w siódmym niebie. Ale to dopiero wieczorem. Przed tym jeszcze kościół i w tą sobotę pójdę na pewno! Muszę podziękować, za wszystko co w tym tygodniu dostałam. Choć nie zawsze były to dobre rzeczy to najwyraźniej były mi potrzebne. Ważne, że skończyły się dobrze i tak pozytywnie mnie nastroiły. A jutro basen, spacer z Rodzicami i pewnie masa innych rzeczy. Trzeba będzie trochę ogarnąć domek, ale to też w końcu należy do przyjemności. Przynajmniej w moim przypadku! No i Gotowe na wszystko. Ciągle na mnie czekają! W czwartek przed egzaminem nie miałam ani czasu, ani ochoty na nie. Dziś już mam! No i oczywiście 1000 brzuszków dla Any, na Walentynki! :*
Nie uwierzycie, bo ja sama nie mogę w to uwierzyć. To, że mam kofffffffanego Tatusia, wiedziałam od dawna, ale że aż taaaaaaaaak! Wczoraj, jak kładłam się spać, przyszedł do mnie i wręczył mi 600 złotych. Powiedział, że gdybym nie zdała egzaminu to musiałby wręczyć te pieniądze, jakimś obcym ludziom (płacić warunek na Uczelni), ale że zaliczyłam, oddaje je mi. Powiedział, że sama je zarobiłam! Zatkało mnie! Myślałam, że żartuje. On nigdy na mnie nie szczędził grosza, zawsze miałam wszystko, co dusza zapragnie, ale to wczoraj jakoś tak mi zmiękczyło serce, że nie wiem! Jest cudowny! Ale nie myślcie, że kocham Go tylko dlatego! Nawet, gdyby dawał mi co miesiąc 2 złote, zamiast tego, co dostaję i zamiast tych wszystkich prezentów, to i tak bym za Nim szalała. Po pierwsze, bo jest moim Ojcem, a po drugie, bo jest niezwykłym człowiekiem! Tak często narzekałam, na to jakie mam życie, a nie dostrzegałam, że jest ono dużo lepsze niż można myśleć. Mam wszystko, niczego mi nie brak i tylko ja jestem w nim do poprawki. Ale wszystko da się naprawić! Nawet mnie! =]
Od poniedziałku do szkoły, ale jakoś specjalnie się tym nie martwię. Będzie fajnie! Tak się pocieszam, ale też szczerze w to wierze! Będę miała nowy zeszycik, nowy zapał, chudsza o pare kilo, z nowymi Znajomymi i nowymi ciekawymi przedmiotami i nawet automat do kawy okiełznałam! Kiedyś sądziłam, że studia to najlepsza rzecz na świecie, że uczy się tam tylko tego, co naprawdę nas interesuje. Nigdzie jednak nie uczy się tylko tego, co jest nam potrzebne, ale to widać jest standard. Jeszcze nie dawno sądziłam, że studia są do kitu, że żałuję, że nie doceniałam liceum i że nie dalej w nim nie jestem. Licealista ma wyznaczony czas w szkole, czas na własną naukę, na własne zajęcia, na przyjemności, obowiązki. Na studiach to wszystko wywraca się do góry nogami. Cały porządek dnia, tygodnia, miesiąca się zmienia. Trzeba dojeżdzać, trzeba czekać na zajęcia, trzeba wypełnić czas podczas okienek, trzeba wszystkiego dowiadywać się samemu, trzeba biegać za wykładowcami po całym mieście i żebrać o wpisy. Wychodzi się o 8 rano, wraca o 20, a w czasie dnia ma się na przykład tylko 3 godziny wykładów, ale tak rozbitych po całym dniu, że nie ma innego sposobu i trzeba zostać w mieście. Jednak nie taki diabeł straszny. Po pierwszym półroczy człowiek się przyzwyczaja i zaczyna się cieszyć tą samodzielnością, tym wkraczaniem w nowe, doroślejsze życie. Czy tęsknię za starym? Jasne! Czasami tak, ale doceniam też to aktualne i nie chciałabym wrócić do tego, co było. To byłby krok wstecz!
Dopada mnie chyba jakies chorubsko! Od wczoraj kicham i mam katar, a dziś do tej całej orkiestry doszedł jeszcze ból gardła. :/ Ale mimo wszystko czuje, że to nic poważnego. To znaczy, że nic poważnego się z tego nie rozwinie. To jakiś taki inny katar niż zwykle. Nigdy nie kicham, aż tyle. Może po prostu mi zimno?! =] Bo zimno mi cholernie! :)
Sayuri
skomentuj (18) moje kochane:*
|4| 13 lutego 2009, piątek
17:59
Dopiero, co wróciłam do domu. Egzamin zaczynał się o 8.15, więc ja na Uczelni byłam już o 7.30. Oczywiście, jak to zawsze wszystko się przedłużało i oczywiście, jak to zawsze Profesorowie mieli nas głęboko w dupie. Byłam w ogromnym szoku, że tyle osób nie zaliczyło poprzednim razem Anatomii! Wchodząc na Uczelnię w ogóle się nie stresowałam, bo byłam już przygotowana na warunek, ale z czasem wszyscy zaczęli wpowadzać taką nerwową atmosferę, że i mnie się udzieliła. O 9.00 wyszła Doktorka i powiedziała, że Wychowanie Fizyczyne - czyli ja - będzie miało egzamin dopiero o 11.00. Masakra! Myślałam, że jebnę! A miał być o 8.15! Po co kazali nam tak wcześnie przychodzić? No po co? Poszłam się pouczyć ze Znajomymi. Jasna sprawa, że o 11.30 dalej siedzieliśmy na korytarzu i czekaliśmy na egzamin. Zawsze jest jakiś poślizg. O 12.30 poszłam kupić sobie kawę w automacie. Piszę o tym, bo to ważne wydarzenie - to pierwsza kawa w moim życiu, którą kupiłam w automacie! ;] Ale oczywiście głupia maszyna zrobiła mnie w konia i dała mi kawę z cukrem, zamiast bez i kurcze cholernie mi smakowała. Od razu poczułam, że coś nie gra, więc poszłam po drugą i już uważnie sprawdzałam kilka razy, czy na pewno nie będzie słodka i tym razem nie była. Trochę się rozczarowałam, bo miałam nadzieję, że może ta kawa, którą kupiłam wcześniej, jednak nie była z cukrem, a po prostu tu jest taka pyszna, ale niestety nie! Mama od małego przyzwyczajała nas do picia herbaty bez cukru, więc to była nie tylko moja pierwsza kawa z automatu, ale i pierwsza słodzona. Może i dobra, ale nie mam zamiaru się przerzucić - ujmę to tak - w imię rodzinnej tradycji! ;]
O 13.00 dalej siedzieliśmy pod salą. O 14.00 to samo. Atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa, a my coraz bardziej zmęczeni. Tyle się naczytałam i nagadałam, że nie miałam już nic Profesorom do powiedzenia. Na korytarzu panowała totalna walka o Egzaminujących, bo u Pana P. wszyscy oblewali, a u drugiego Pana, którego nazwiska nie pamiętam wszyscy dostawali zaliczenie. Jasna sprawa, że my w takiej sytuacji polowaliśmy na tego drugiego. Wreszcie udało się nam wręczyć indeksy Panu, którego nazwiska nie pamiętam i co? Na naszych oczach przekazał nasze indeksy Panu P., bo rzekomo nie ma już siły nas egzaminować. No i cudownie! Wszyscy przekonani, że dostaniemy warunek poszliśmy za Panem P. i o 15.00 czekaliśmy grzecznie na naszą kolej. O 17.00 było po egzaminie. Dostałam 3!!!!!! Zasługiwałam na więcej, bo każdą moją wypowiedź Pan P. przerywał i mówił: Ok! Widzę, że to Pani umie. No i 3. Nie wiem, czy była szansa na więcej, bo wszyscy, którzy zaliczyli dostawali max 3, a 75 procent wszystkich zdających oblała. W tym większość tych, którzy zdawali u Pana P., więc w pewnym sensie czuję, że miałam szczęście. Weszło ze mną dwóch Kolegów. Jeden umiał tyle, co ja, ale drugi... Myślałam, że tam skonam! Zapytany o staw biodrowy powiedział, że jest to staw JEDNOOSIOWY, który DZIAŁA NA BIODRA i ZGINA CIAŁO, potem się poprawił, że ZGINA GRZBIET. Potem mięsień półścięgnisty, nazwał POŁSCIERNISTYM. Porażka... Aż się dziwię, że Pan P. słuchał Go do końca. Potem jeszcze słyszałam, jak K. mówił przez telefon (ten Kolega), że dostał od Profesora cztery pytania, na które powiedział prawie wszystko, a ten Mu nie zaliczył. Heh! Polewka. Jak to studenci potrafią namieszać tak, że wszyscy myślą, że to Oni są ofiarami. Ale nic nie mówię... Bardzo lubię K. i żal mi Go, ale cóż zrobić?
Na Uczelni byłam tyle czasu, że nie miałam kiedy coś zjeść, a i żołądek miałam ściśnięty. Od rana jechałam na jednej kanapce i kawie z automatu. Dopiero przed chwilą zjadłam jabłko. Tak, więc miało to (to siedzenie w szkole) swoje dobre strony. Powiedzmy, że to była taka próba tego, co mnie czeka w tym semestrze. :] Będzie dobrze!
Tak, jak się spodziewałam, Mama wreszcie spytała, po co mi Tussi, ale nie wprost. Bardziej wyraziła obawę, czy chyba za późno chcę wziąć, skoro już jutro (czyli teraz już dziś) mam egzamin. Wytłumaczyłam Jej, że to nie dla mnie, że to dla kolegi. Trochę się źle czułam z tym kłamstwem, skoro Ona nawet nie miała nic przeciwko, żebym wzięła. Sama nie wiem, dlaczego nie ma nic przeciwko i czy na pewno nie ma, ale gdyby miała to chyba, by mi powiedziała o tym. Może podchodzi do tego tak, bo jak sama mówiła codziennie sprzedaje studentom po 10 opakowań Tussi, więc może uważa, że nie jest to tak szkodliwe. Zresztą wie, że ja świadomie nie zrobie sobie krzywdy, że będę bardzo uważać i że ogólnie rzadko sięgam po takie rzeczy i nawet tabletki na ból głowy biorę dopiero wtedy, gdy już naprawdę nie mogę wytrzymać. Powiedziałam Jej, że ja i tak, gdybym miała brać coś takiego na pewno nie brałabym przed egzaminem, a już na pewno nie po raz pierwszy, bo nigdy nie wiadomo, jak organizm zareaguje. Dodałam, że nawet tych tabletek dodających energii od Niej samej jeszcze nie wzięłam, bo nie czułam takiej potrzeby, a jeśli już bym kiedyś wzięła to pewnie w czasie już bardzo dużego zmęczenia i na pewno nie przed jakimś ważnym egzaminem. Tym razem nie skłamałam i poczułam się trochę lepiej, tłumacząc Jej swoje stanowisko i słyszałam w Jej głosie, że i Ona odczuła ulgę. Powiedziałam jeszcze, by trochę złagodzić kłamstwo, na które sobie pozwoliłam wcześniej, że być może podzielę się opakowaniem z tym kolegą, żeby sobie kiedyś spróbować, ale na pewno, jak będę na luzie, a nie do nauki.
Strasznie jestem ciekawa, jak zareaguje na Tussi. Zazwyczaj nie reaguje zbyt silnie na tego typu rzeczy. Przykładem jest alkohol. Ilość, którą potrafię wypić i czuć się zupełnie trzeźwa, powaliłaby 3 silnych, zdrowych mężczyzn. To straszne! Nienawidze tego! Wszyscy świetnie się bawią, a ja tylko martwię się i myślę tylko o tym, by nikt nie zrobił sobie krzywdy; by nie spadł wazon, który wygląda na bardzo drogi; by przez ten hałas nie wpadli zaraz sąsiedzi.
Z seansu filmowego z Psiapsółami nici, bo wróciłam strasznie późno i wypożyczalnia była już zamknięta, ale jestem tak padnięta, że nie mam już na to siły. Może pojeżdzę na rowerku i poczytam. Skończe Murakamiego, a jutro wezmę się za Chudą! ;] Już się na to cieszę! Teraz w ramach odpoczynku poodwiedzam Was!
Sayuri
skomentuj (14) moje kochane:*
|3| 12 lutego 2009, czwartek
13:32
Błagam... Powiedzcie, że jutro nie jest piątek trzynastego! Shit! Nie jestem przesądna, ale to na pewno nie pomoże mi zaliczyć egzaminu na pozytywną ocenę! :/
Byłam dzisiaj w aptece po Tussi. Jednak się zdecydowałam... Narazie na kupono. Jeszcze poczekam z wzięciem na odpowiedni moment. Może na impreze, może w momencie wzmożonej ciekawości, a może jak zachce mi się strasznie jeść. Zobaczymy. A! No i najważniejsze. Byłam w aptece, ale mi nie sprzedali. Babka powiedziała, że bez recepty mi nie sprzeda, więc wychodzi na to, że apteka mojej Mamy należy do nielicznych, w których można kupić na luzie. Poszłam, więc do Mamy i pytam: Na pewno Tussipect jest u Ciebie bez recepty? Odpowiada, że tak. Nawet ten w tabletkach? Znowu twierdząca odpowiedź. A ile kosztuje? Odpowiada, że między 8, a 12 złotych, bo dokładnie nie pamięta. Ok! To przynieś mi jedno opakowanie. Wyczekuję... Czuję, jak drętwieje mi ręka i drga powieka. No... Mamo! Powiedz coś! - myślę sobie - No zapytaj po co mi to... Cisza... Mama zajęta garami. To jak? Przyniesiesz? - wreszcie zbieram się na odwagę. Tak, tak! Oczywiście - słyszę w odpowiedzi. Zamurowało mnie. Cooooo? - myślę - Naprawdę się zgodziła? Nie wydawało mi się? Nie muszę tłumaczyć, co i jak, i po co? Ale jaja! Rzucam jeszcze tylko niezobowiązujące: No to ok. I idę do pokoju. Tak! Podkładam się i to ostro, ale same widzicie, jak mi ufają. Sama nie wiedziałam, że aż tak bardzo. Jeszcze gdyby moja Mamuśka była nieświadoma tego, co robi ten lek, ale Ona wszystko wie doskonale. Zresztą same o tym nie dawno gadałyśmy. Miałam plan. Jak zapyta, po co mi, to powiem, że dla kumpla. Pomyślałam, że sama nie powiem, póki nie spyta. Po co kłamać, jak nie muszę, choć byłam pewna, że będę musiała. Zresztą nie chciałam się od razu tłumaczyć, żeby nie wzbudzać podejrzeń i co? Nawet nie zapytała! Może zapyta, jak będzie mi dawać... A może nie... Zobaczymy! Na wszelki wypadek dam Jej za niego kase (za swoje leki nie płacę).
W sobotę Walentynki. Bleee... Jednak, jak święto to święto i trzeba jakoś je uczcić. Do tego święto miłości, więc może w imię miłości do Any tysiąc brzuszków? Co Wy na to? Kto wchodzi w to ze mną?
W środę leci w TV dramat pod tytułem Kiedy przyjaźń zabija. Opowiada o dziewczynie, która chcąc się upodobnić do swojej idealnej przyjaciółki wpada w anoreksje. Muszę obejrzeć ten film! Po prostu muszę! Jeszcze nie wiem, jak to zrobię i najprawdopodobniej będe zmuszona oglądać go z Tatą, ale to już bez znaczenia. Zaczyna się chyba nie winnie, więc stworzę pozory, że niby znalazłam fajny film przerzucając programy i że chcę go obejrzeć bez większego zainteresowania tematem (bo niby tematyki nie znałam). Nie wiem... Będzie trzeba jakoś tak kombinować. Czemu ja zawsze musze kombinować? Jeśli któraś jest zainteresowana to puszczają go o 20.20 na TVP1. A w przyszła niedzielę (22.02) na Discavery travel&living o 10.15 leci dokument Petra Nemcowa o życiu modelki. A żebyście wiedziały, że wczoraj przekartkowałam całą gazetę w poszukiwaniu ciekawych programów, wiecie o czym. Znalazłam jeszcze kilka, ale dopiero w przyszłym tygodniu, więc później napisze. Są jednak o głupich godzinach, więc ja będę w szkole. To tylko takie seriale o dietach, więc w sumie nic wielkiego nie stracę, ale te dwa, o których napisałam to na bank będę oglądać.
A dzisiaj leci na FoxLife pierwszy odcinek piątego sezony Gotowych na wszystko! Jupi!! Wreszcie! Czekam na nie od tamtego roku. Już nawet nie pamiętam, kiedy przystali puszczać, ale jakoś dawno temu. W każdym razie u nas to jest kultowy serial i wielkie wydarzenie rodzinne. ;] Wszyscy lubimy, choć Tata się wypiera, ale zawsze pierwszy siedzi na kanapie i czeka, aż się zaczną. Rzadko zdarzają się u nas takie momenty, kiedy wszyscy siadamy razem i może dlatego tak bardzo czekałam na Desperatki i może dlatego tak lubie te nieliczne chwile przed TV.
Jutro ważenie... <cykor>
P.S. Anabella, nie mogę się doczekać aż wreszcie założysz bloga, więc śpiesz się, śpiesz, bo ja już dłużej nie wytrzymam! Na pewno masz dużo do opowiedzenia i wiele się będziemy mogły od Ciebie nauczyć, tym bardziej, że przez jakiś czas byłaś tylko obserwatorem i gromadziłaś wszystkie istotne fakty. Czas wreszcie się nimi podzielić z innymi Motylkami! :] Pamiętaj, że w sprawach obsługi bloga zawsze możesz się mnie poradzić i myślę, że reszta Kruszynek także nie odmówi Ci pomocy!
Sayuri
skomentuj (16) moje kochane:*
|2| 11 lutego 2009, środa
10:03
Obudziłam się z ostrym bólem brzucha i dlatego nie mogłam kontynuować głodówki. No cóż... Jeszcze najwidoczniej nie jestem zaprawiona w bojach. Nikt w końcu nie rodzi się silny, a dopiero z biegem czasu w tą siłę wzrasta. Wczoraj głodówka poszła cacy, więc i tak jestem z siebie dumna.
Ostatnio, jak była u mnie Rodzinka, ni z tego ni z owego, wszyscy rzucili się na mnie, że schudłam. Niby powinnam poczuć się zadowolona, że wszyscy to zauważają, ale wręcz przeciwnie - poczułam się atakowana. A wszystko wyszło od tego, że Mama zaczęła się skarżyć, że Ona gotuje, piecze i wypruwa sobie żyły w kuchni, a my - tzn. Tata i ja - nic nie chcemy jeść. Tato powiedział, że robi głodówkę, bo Mu oko spuchło i uważa, że to od przemineralizowania organizmu. No to wszyscy rzucili się na mnie: A Ty czemu nie jesz? Jak tak można pozwalać dziecku (czyli mnie), żeby nie jadło? Jak ona (czyli ja) wygląda? Masakra! Powiedziałam, że po cholere się mnie czepiają, skoro ja już mam 19 lat i i tak od dwóch lat sama przygotowuje sobie posiłki, a Mama niech nie narzeka, bo dobrze o tym wie i nikt nie każe Jej "wypruwać sobie żył przy garach". Zostałam podsumowana, że chyba strasznie schudłam, a ja wściekła już jak nie wiem co, powiedziałam, że nie zauważyłam, a nawet jeśli to przez sesje na uczelni, która właśnie trwa. Uznali więc, że może faktycznie to przez studia, bo to w końcu AWF i duża ilość ćwiczeń przyczynia się najprawdopodobniej do ubytku masy i dali mi już spokój. Mama musiała jeszcze tylko na koniec wrzucić swoje trzy grosze w postaci: Ale Ona nie tylko na uczelni ćwiczy, jak szalona - w domu też. Boszz... Ze też ludziom tak się chce wcinać w cudze życie. Słuchanie tych wszystkich uwag jest takie męczące i irytujące. Myślałam, że na ten dzień skończy się już gadanie o mnie i o moim "wychudzonym" wyglądzie, ale bardzo się pomyliłam. Kiedy wieczorem pojechaliśmy na basen, a potem po pływaniu poszliśmy do sauny, usłyszałam, że znowu jestem na językach. Najpierw nie chciało mi się pytać, o czym znowu plotkuje moja kochana Rodzicielka ze swoimi Znajomymi, ale w końcu nie wytrzymałam i spytałam: O mnie mówicie? W odpowiedzi usłyszałam, że tak i że strasznie fajna laska ze mnie rośnie - to słowa Pana W. Potem włączyła się jeszcze Jego Zona, Pani G. i powiedziała, że cudownie wygląda taki wklęsły brzuszek, na co moja Mama strasznie się skrzywiła: No nie wiem, czy tak cudownie... No tego już było za wiele! Wklęsły? Wklęsły? Gdzie Oni widzą, coś wklęsłego? Jeszcze z płaskim od biedy bym się zgodziła, ale z wkęsłym? Ja i tak widzę wszędzie same krągłości! Eh... Jak ja bym chciała zobaczyć to, co Oni. Podoba Im się wklęsły? To ja Im dopiero pokaże, co znaczy mieć wklęsły brzuch!
Wracając autem z Mamą do domu uznałam, że to najodpowiedniejszy moment, by wyznać Jej pare rzeczy. Powiedziałam, że dziwi mnie to, że ludzie tak zauważają moje wyszczuplenie, które w ogóle nie miało miejsca. Bardzo działa mi to na nerwy, bo przybyło mi 4 kilo i wolałabym to jakoś ukryć, a wszyscy w koło właśnie zwracają uwagę na moją sylwetkę. Mama powiedziała, że Ona też widzi, że schudłam i że to dziwne, że na wadze jest więcej (nie jest, ale co miałam powiedzieć?). Powiedziałam, że to pewnie przez mięśnie, że one na pewno optycznie mnie wyszczuplają, a waga rośnie, bo są cięższe. Zgodziła się ze mną. Uf... Zapytałam, czy pamięta, jak kiedyś miałam takiego doła. Powiedziała, że pamięta i że wtedy też zaczęłam się najlepiej uczyć w swojej karierze. Obie się uśmiałyśmy, bo faktycznie tak było. Powiedziałam, że w tamtym okresie ważyłam 41 kilo (i to była prawda), a Mama aż jęknęła z przerażenia. No widzisz! A Wy teraz się przejmujecie moimi 51 kilogramami i nie chcecie bym chudła do swojej normalnej wagi 46. Oczywiście mam zamiar schudnąć więcej (tego już Jej nie mówiłam), ale na początek mogę ściemniać, a poza tym nie wszystko muszą wiedzieć. Nie mówiłabym niczego, gdyby nie to, że martwię się, że sami zaczną coś podejrzewać, więc wolę na zapas przedstawić swoją wersję, która mi odpowiada. Musiałam przeciągnąć Ją na swoją stronę i chyba mi się udało. Poza tym pogadałyśmy sobie trochę o moim stanie z czasów tego "słynnego doła" i słowa Mamy, jakoś dodały mi otuchy. Powiedziała, że czasami tak bywa, że zaczynamy działać, jak automat, że nie myślimy, nie czujemy, że psychika ludzka jest skomplikowana i niepojęta. Poczułam, że faktycznie mnie rozumie i jest ze mną. Łączy nas coś niesamowitego. Wyjątkowa więź, jaka może łączyć tylko matkę i córkę.
P.S. Anabella, stasznie ubolewam nad tym, że nie masz bloga. Czuję się trochę tak, jakbym Cię olewała, nie odpisując Ci na Twoje komentarze, ale po prostu nie mam takiej możliwości. Widzę, że trochę Cię korci, by założyć swój pamiętnik i ja też Cię o to proszę! Przekonasz się sama, że to bardzo ułatwia walkę i sprawia wielką frajdę! (Przeczytaj komentarze pod tą notką. Niektóre są adresowane do Ciebie!) Zakładaj bloga, bo już doszło do tego, że na moim blogu nie piszą do mnie, a do Ciebie! =]
Sayuri
skomentuj (15) moje kochane:*
|1| 10 lutego 2009, wtorek
09:07
Napisałam już jednego posta, ale internet mi wysiadł i wszystko szlag trafił. :/ Ostatnio prześladuje mnie wyjątkowy pech, ale nikt nie mówił, że życie to bajka. Postaram się odtworzyć, choć naważniejsze fragmenty straconej notki, ale nie ukrywam, że nie będzie to łatwe.
Dziś prawie same złe wiadomości i jedna dobra. Zacznę, więc od tych mniej przyjemnych.
Po pierwsze nie zaliczyłam Anatomii. Marzenia o wolnym tygodniu odeszły w zapomnienie, a książki (Chuda i Twoja dieta), które wczoraj kupiłam będą kurzyć się na półce, aż do ferii wiosennych, które mam 9-15 kwietnia. Jestem wściekła i rozgoryczona, bo inaczej to sobie zaplanowałam. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze irytacja spowodowana faktem, że cała sprawa z testami śmierdzi na kilometr. Zaliczyły osoby teoretycznie skazane na niedostateczny, a oblały osoby, które potrzebowały do zdania na przykład 7 na 35 możliwych punktów. Te pierwsze zaś, żeby zdać musiałyby zdobyć 28 na 35 i rzekomo udała im się ta sztuka. Okey! Jeszcze w jeden taki przypadek uwierzę, ale ja mogę podać tego typu przykładów 50. Gdyby tego jeszcze było mało, szanowna pani prof. dr hab. nie chce pozwolić nam na wgląd w swoje prace. Każe pisać jakieś podanie, motywowane "dobrym" powodem, które rozważy w ciągu dwóch tygodni. Za dwa tygodnie to będzie już musztarda po obiedzie! A jaki jest dla pani profesor "dobry" powód, bo chęć poznania swoich błędów, jak to ujęła: To za mało, by zawracajać jej głowę! Kur... Przecież mamy do tego prawo! Na czym mamy się uczyć, jak właśnie nie na swoich błędach? W odpowiedzi usłyszałam: Jestem zmęczona, wróciłam z delegacji i nie mam ochoty się Wami zajmować!, a w domyśle: Mam Was głęboko w dupie! Szkoda tylko, że tak mnie uwieracie! Trzeba tą zarazę, którą są niewygodni studenci, jak najszybciej wygryźć! Dobra! Trudno! Niech będzie, jak ma być. Kolejne trzy upojne dni spędzę z książką od Anatomii i powściekam się, że inni sobie odetchną w tym czasie, kiedy ja będę zakuwać. W piątek poprawka, a w poniedziałek od nowa do szkoły... :/
Po drugie pokłóciłam się wczoraj z Ojcem. Wytknął mi, że niby za szybko się łamię i że za mało się uczę, a za dużo czasu spędzam przy komputerze. Powiedział, że człowiek nie potyka się o góry, a o drobne kretowiska i ta Anatomia, właśnie do takich kretowisk należy. W sumie ma rację, ale nie zgadzam się z Nim, że szybko się poddaję, gdy pojawia się problem. Gdyby tylko wiedział z iloma się zmagam, z pewnością nie wygłaszałby takich sądów. Prawdą jednak jest, że mam małą odporność na stres i nad tym muszę popracować. A co do komputera... Jak same widzicie, nie będę mogła tak często i długo buszować po internecie. To pewnie odbije się na ilości komentarzy pod Waszymi notkami, ale mam nadzieję, że nie odczujecie zbytnio mojego braku. Postaram się w miarę możliwości być z Wami, komentować i pisać własne notki. Choćbym miała wstawać wcześniej i kłaść się później to i tak będę do Was wpadać. Wasze notki dają mi siłę i motywację do dalszego działania. Jak miałabym z tego zrezygnować? Wy i ana to póki co, jedyne źródła radości w moim życiu, a z dobrych rzeczy, które spotykają nas w życiu po prostu się nie rezygnuje, prawda?! Dlatego będę zaglądać w każdym stosownym do tego momencie, choćby to miał być środek nocy.
Po trzecie miałam dzisiaj iść z Mamą na prezentację jednej z firm farmaceutycznych. Wielka szkoda, że ominie mnie coś takiego... Zawsze dają mnóstwo prezentów, a do tego produkty tej firmy bardzo mnie interesowały. Shit! Jak pech, to pech na całej linii!
Kolejna i już ostatnia zła wiadomość dotyczy mojego planu zajęć na drugi semest. Przedstawia się mniej więcej tak, że od poniedziałku do piątku będę mieć zajęcia od 8-20. Ha! I pomyśleć, że obiecywałam sobie, że będę chodzić na wszystkie zajęcia! Co gorsza chcę tej obietnicy dotrzymać! Jak bym wyglądała we własnych oczach, gdybym nawet własnych przyrzeczeń nie umiała dotrzymać?! Grafik mam, więc napięty, ale nie dam się! Zepnę pupkę i ze wszystkim dam radę. Może nawet lepiej, jak rzucę się w taki wir pracy? Nie mam zamiaru zaniedbać Was, diety, czy ćwiczeń. To jest dla mnie wciąż najważniejsze, ale muszę poświęcić się też szkole. Wstępny plan jest taki, że chodzę na wszystkie zajęcia, uczę się na bierząco i staram o przedterminy. Do tego zbieram wpisy, jak tylko szybko się da, by móc cieszyć się wakacjami, a nie stracić je tak, jak straciłam ferie!
I tu już zaczyna się dobra wiadomość. Otóż, jak same widzicie, wszystko w koło wali mi się na głowę, ale jakoś tak optymistycznie do tego podchodzę. Może to to słoneczko za oknem tak mnie nastraja? Nie wiem... W każdym razie jeszcze wczoraj nie widziałam jeszcze wszystkiego tak kolorowo, ale co było wczoraj to już minęło i nie wróci. Liczy się tylko dziś. Więc plan mam, chęci do działania i wiarę w to, że wszystko wypali też. Może nie będzie, aż tak źle, co? Jak myślicie? ;]
A teraz coś o mojej aktualnej diecie. Dziś zarządzam głodówkę i jutro prawdopodobnie też. Nie mam czasu, ani ochoty myśleć o kaloriach i przygotowaniu posiłków. Będę zajęta nauką i tylko jej i ćwiczeniom mam zamiar się oddać bez reszty. W czwartek zaplanowałam dzień marchewkowy, ale jeszcze trochę czasu do czwartku, więc o tym później. Rezygnuję z liczenia kalorii. Dalej będę skrupulatnie zapisywać, co jadłam, ale nie będę już tego ważyć, mierzyć, przeliczać. Wynika to między innymi z braku czasu. Zresztą sama zauważyłam, że ta moja dokładność nie zawsze wychodzi mi na dobre. Jak już liczę kalorie to muszę dokładnie wszystko wiedzieć, ile co ma, ile zjadam itp. To nie zdaje egzaminu, kiedy zaplanuję sobie coś do zjedzenia, a po jednym kęsie odechciewa mi się jeść. Jem wtedy na siłę, bo wiem, ile kalorii ma to danie, ale ile ma jego kęs to już dla mnie tajemnica. Czasami, więc zjadam więcej niż potrzebuję. Czasami też, jak gdzieś wychodzę i nie zabiorę nic do zjedzenia to na przykład wybieram w sklepie batonika, a nie jabłko, bo nie mogę się dowiedzieć, ile ono ma kalorii, a na batoniku wszystko jest napisane. To głupie, niewygodne i absurdalne, ale tak właśnie obiawia się mój perfekcjonizm. Wszystko musi być dokładnie. Nie będe przekraczać oczywiście górnej granicy, którą sobie wyznaczyłam. Będę się ograniczać i dbać o dietę, ale myślę, że ta zmiana wyjdzie mi na dobre. Wreszcie zacznę większą wagę przywiązywać do tego, co wkładam do ust. Nie zrezygnuję z marchewki na rzecz batonika tylko dlatego, że nie wiem, ile ona waży. :]
To by chyba było na tyle. Wieczorem postaram się pozaglądać do Was, a jutro napiszę, jak minął mi pierwszy dzień głodówki. Buźka! :]
Sayuri
skomentuj (21) moje kochane:*
|
|
|
|